Nie udawaj Greka!
Pan Ośmiornica przygotowywał się do wyjazdu. Ale to ja wyprzedziłam go z pakowaniem walizki. Pardon, plecaka! Był mały, ale pomieścił moje największe pragnienie. Urlop. I choć ten był krótki, to bardzo dłuuuugo wyczekiwany. Nic więc dziwnego, że spakowałam się w ekspresowym tempie.
Jeśli przyjąć za urlop czas spędzony poza domem, w którym nie robimy nic, co mogłoby mieć choć pozory pracy, nie zażywałam takowego od lat. Aż dziw, że jeszcze nie osiwiałam. Ani nie trafiłam na przymusowy urlop do hotelu, w którym oferują pokoje z białymi ścianami oraz bez klamek. I to wszystko w ramach NFZ! Najwidoczniej czekolada konserwuje ciało i umysł lepiej, niż mi się do tej pory wydawało...
Jak doszło do tego urlopowego zaniedbania? Bez obaw. To nie skłonności sadomasochistyczne (oby!). Ewentualnie niezdiagnozowany pracoholizm. Z resztą... Być może wystarczająco dużo razy usłyszałam od wszystkich wokół, że moja praca jest tak przyjemna, że właściwie urlopu nie potrzebuję. Aż w końcu sama w to uwierzyłam. A i zwyczajnie nie było z kim na ten urlop pojechać. Teoretycznie miałam do tego typu rozrywek kompana. Męża, znaczy się. Ale w teorii też na drugim końcu tęczy znajduje się garnek złota.
No, właśnie...
Teraz byłam naprawdę sama. W takim razie po kiego grzyba zamówiłam 70 metrowy apartament na Krecie, który spokojnie pomieściłby kilka osób? Zaklinanie rzeczywistości? Czyżbym planowała mieć gości? Oh, Grecy są zdecydowanie za bardzo owłosieni. Nawet jak dla mnie, wielbicielki gęstwiny na klacie. W końcu to urlop, więc nie miałam zamiaru co noc zbierać sierści z podłogi! Zabrałam więc kogoś innego. Kogoś z kim wiedziałam, że będę czuć się dobrze, bezpiecznie i będę wybornie się bawić. Kumpelę.
A... Pan Ośmiornica?
Już na miejscu! Ośmiornice - podobnie jak bezpańskie koty - były dosłownie wszędzie. Dostępne niemal w każdej knajpce. Grillowane. Smażone. W zupie. I w sałatce. A nade wszystko w moich myślach. Nie dał mi o sobie zapomnieć, mimo że dzieliły nas tysiące kilometrów. A i ja nie zapomniałam, że dokładnie w tych dniach wypadały jego urodziny. Pisaliśmy do siebie, wysyłaliśmy zdjęcia, filmy tak intensywnie, że miałam nieodparte wrażenie, że faktycznie jest obok.
Z tym, że go fizycznie i faktycznie nie było.
A może ta moja podróż to taka próba generalna przed jego wyjazdem do Brukseli? Czas dany, by sprawdzić czy na o d l e g ł o ś ć też można być blisko. Czy to się może w ogóle udać? Czy też taki związek to kreteński... yyy, znaczy kretyński pomysł?
Pan Ośmiornica spędził swoje urodziny w kinie. Ale jaką miałam pewność, że był tam sam? Przyjrzyjmy się detalom. Wielkość zakupionego przezeń popcornu stanowiła solidne podstawy ku temu, by przypuszczać, że był tam ktoś jeszcze. Z drugiej strony, zważając na moje możliwości gastrologiczne duży popcorn w dwie godziny to wcale nie wyczyn. Lecz czy te trzy godziny, w których się nie odzywał, gościł faktycznie swoją mamę, czy też pospolitą lafiryndę. Niby leżałam nieruchomo na plaży, a jednak moje myśli falowały jak wzburzone morze podczas sztormu. A co dopiero będzie, gdy na stałe wyemigruje do Belgi?!
Nie żebym była zazdrosna. Czy też podejrzliwa. Lub też miała słabe umiejętności ufania. Po prostu wiem, co może się wydarzyć kiedy tego drugiego kogoś nie ma obok.
Skąd to wiem?
Cóż... Z całą pewnością nie z podręcznika szkolnego. Coś tam słyszałam. Coś tam widziałam...
Dobra.
Nie udawajmy Greków.
Otóż, byłam w Grecji. Na wakacjach. Sama. A oprócz kotów, jest tam też sporo mężczyzn. Też bezpańskich. Znaczy wolnych. A nawet śmiałabym użyć określenia frywolnych. Bo jak inaczej określić osobnika, który tak po prostu i bez zapytania o zgodę całuje kobietę (by rozwiać wszelkie wątpliwości nadmienię, że byłam nią ja) w usta gdzieś na ulicy pomiędzy jednym a drugim stolikiem. Do tego trzymając w ręku menu!
Fakt, na potrzeby tej historii moglibyśmy go też nazwać Panem Kelnerem. Albo Panem Grekiem. Tylko czy faktycznie był choć w jednej trzeciej jednym albo drugim? Na tej wyspie nic nie było takie oczywiste. Dla przykładu, apartament, którego metrażem chwaliłam się wcześniej, okazał się o połowę mniejszy! Ktoś ewidentnie wliczył w ten metraż taras! A właściwie to należałoby napisać: wąską przestrzeń między jednym, a drugim budynkiem zagraconą pozostałościami po poprzednich lokatorach. I choć w środku znajdowała się kuchnia, nie było kuchenki! Psu na budę kupiłyśmy jajka na śniadanie. Zwłaszcza, że jaja i tak się działy.
Choć nic tego nie zapowiadało. To miał być spokojny i leniwy urlop, w czasie, którego przypomnę sobie definicję słowa nuda. I przywiozę bezpłatne pamiątki w postaci dodatkowego kilograma ciała (oby tylko jednego!) oraz opaleniznę, którą może wygenerować tylko greckie słońce. Leżałyśmy więc godzinami na plaży, piłyśmy kreteńskie piwo, jadłyśmy... tu za dużo by trzeba było wymieniać, zatem przejdę do kolejnego punku! Godzinami włóczyłyśmy się alejkami Starego Miasta, wypatrując w sklepikach czegoś zupełnie niepotrzebnego, na co można by jeszcze wydać pieniądze. Dokładnie tak jak my łapczywym okiem przyglądałyśmy się towarom, tak samo zerkali na nas kelnerzy. Uśmiechali się, nawoływali, prezentowali menu, zupełnie jakby wykonywali jakiś krete(y?)ński rytuał godowy. Starania niektórych były tak ogromne, że trudno było wyczuć czy to jeszcze marketing czy już autentyczny podryw.
Mając jednak umysł opleciony ośmiorniczymi mackami. nie pozwalałam by jakiekolwiek obce zaloty wdarły się w moje serce. Gdy jednak ktoś z obcym dialektem śpiewa za tobą tekst polskiej piosenki, gdzieś pomiędzy jedną, a drugą macką robi się delikatna szczelina. Kobieca próżność? Wrodzona ciekawość? A może dzika, bo urlopowa rządza? Nic z tych rzeczy.
Byłam wkurzona.
To był tani tekst o małej blondyneczce! A ja się cenię. Dobrze, być może mam tylko 150 cm wzrostu. Ale blondynką nie jestem! A może to wina greckiego słońca? Z całą pewnością kreteńskiego wina. Nie, wino nie rozjaśniło moich włosów, ale zaciemniło mój umysł. Bo... weszłam z nim. Nie, po co od razu do łóżka?! W dialog. A on ze mną we flirt.
Nie dało się przed nim uciec. Wejście do naszego apartamentu mieściło się dokładnie miedzy stolikami restauracji, w której pracował. Za każdym razem, gdy tylko mnie mijał posyłał całusy, śpiewał, zagadywał. I to w moim ojczystym języku. Tymczasem ja udawałam Greka.
Prawdziwy mężczyzna jest typem zdobywcy. Może i ten odpuści, gdy dopnie swego? Zaciągnie mnie wreszcie do łóżka?! Nie, dostanie sowity napiwek! W końcu to kelner, a zaciąganie kobiet do stolika to jego praca.
Niestety były to płonne nadzieje, bo gdy tylko zasiadłyśmy do obiadu ten zapłonął jeszcze większą... chucią? Już po chwili zjawił się z bukiecikiem bazylii dla mnie. Na koniec był też darmowy tort, ale to nic szczególnego w greckich restauracjach. Z całą pewnością poza typową kreteńską tradycję wykracza już wezwanie mnie po imieniu na zaplecze. A z jeszcze większą pewnością kretyńskie było podążenie za tym głosem po schodkach w dół budynku. Jak szybko tam zeszłam, tak jeszcze prędzej stamtąd uciekłam. Niestety bogatsza o procenty w sobie i zapach męskich perfum na sobie.
To tylko szot. I szybki przytulas. I na tym musi poprzestać. Pan Kelner miał na ten temat zgoła odmienne zdanie.
Gdy po obiedzie, pod wpływem koktajlu hormonów i ούζο, głowiłam się jak włożyć klucz do dziurki drzwi, ten jak gdyby nigdy nic włożył swój język do moich ust. Zaatakował od tyłu i znienacka. Pocałował mnie, uściślając stan rzeczy. Bezczelny typ.
A jednak się nie oparłam. Gdy zaproponował następnego wieczora darmowe wino przy muzyce na żywo w jego restauracji. Na nic więcej nie było ochoty, sił oraz mojej zgody. Co innego myślał na ten temat mój grecki absztyfikant. Tak, gdy tylko odłożył kartę menu na bok i przywidział czarną koszulę przestał być w moich oczach kelnerem. Był ciachem.
Pół lampki wina dalej wiedziałam już, że tak właściwie kelnerem był tylko na pół gwizdka! Ba, nie był nawet w połowie Grekiem. Oszust? Podróżnik o złamanym sercu, który odbywał roczną żałobę na greckiej wyspie. W innej części globu, bo w jego rodzinnej Albanii miał turystyczną posiadłość, do której zdążył mnie zaprosić. Zbyt piękne by było prawdziwe? Postanowiłam to sprawdzić. Jako dziennikarka z wieloletnim doświadczeniem potrafiłam robić solidny research.
Mnie jednak znacznie bardziej interesowało jak bardzo solidne są podstawy znajomości z Panem Ośmiornicą. Postanowiłam przetestować samą siebie.
W tańcu. Przyjęłam zaproszenie na zamkniętą imprezę Pana Kelnera. A jednak nie zdążyłam sprawdzić czy kołyszemy biodra w tym samym rytmie. Ktoś mało rytmicznie pukał do drzwi toalety, w której akurat odbywałam posiedzenie. Właściwie to się dobijał. Gdy przestraszona otworzyłam, jedyne, co zobaczyłam to wielkie przerażone oczy mojej kumpeli.
Uciekamy!
Tyle zdążyła powiedzieć, łapiąc mnie za rękę i wyciągając z lokalu, w którym dziwnym trafem byli właściwie sami mężczyźni o śniadej cerze. A z głośników nie było słychać hitów Lady Gagi, ani Tiesto. Co dopiero Britney Spears! Wybiegłyśmy stamtąd bez pożegnania i słowa wyjaśnienia.
Przez następne pół nocy do mojego telefonu dobijał się Pan Kelner. A ja znów udawałam Greka. Ośmieliłabym się nawet stwierdzić, że martwego. Bo spałam jak zabita. Finalnie złowrogo napisał, że nigdy więcej go nie zobaczę.
Uff...
A więc nie będzie wielkiego greckiego wesela... Co za ulga!
Następnego dnia zastała nas zmiana frontu atmosferycznego. Po słońcu nie było śladu. O tym, że wczorajszy dzień się wydarzył świadczyły jednak ślady opalenizny. A także kac. Gigant. Moja kumpela cierpiała na ten fizjologiczny. Mnie bardziej doskwierał ten moralny.
Dlaczego? Skoro do niczego niemoralnego nie doszło? A może to nie wyrzuty sumienia tylko...

Momentami mialm ciarki, gdy czytałam ta historię 😄😅🤣
OdpowiedzUsuń