Cykl życia ośmiornicy
Tamtego dnia, gdy przyjechałam z redakcji jego już nie było. Nie tylko w moim mieszkaniu. W moim życiu. Na tym świecie. Nie żył. Mogłam się tego spodziewać... Od kilku dni stawał się coraz bardziej zimny. Teraz do tego był też sztywny. Nie mogłam przestać płakać. Zalaną łzami na podłodze zastała mnie moja pięcioletnia bratanica. Pocieszyła tak jak dzieci potrafią. Czyli najlepiej. Zebrawszy się w sobie zabrałyśmy zwłoki na ogród. Wykopałyśmy dół, a trzeba zaznaczyć, że nie było to łatwe, bo nastały już mroźne noce i ziemia była twarda jak kajzerka z supermarketu po dwóch dniach. Ciało zapakowałyśmy w kartonik. Właściwie ktoś nieopatrznie mógł pomyśleć, że w środku jest ciastko. Owszem, było coś słodkiego. Mój ukochany.
Chomik.
Na wiele rzeczy człowiek nigdy nie będzie przygotowany. Śnieg w grudniu. Informacja o wysokości podatku. Wywóz śmieci. Liczba na wadze po świętach. Pierwszy siwy włos. Odejście kogoś bliskiego...
Tydzień wcześniej Pan Ośmiornica wyjechał na dobre.
Nie uroniłam ani łzy. Czyżby zamiast tego był namiętny filmowy pocałunek na lotnisku? Miał być. Od tygodnia 3/4 mojego mózgu zajmowała scena naszego pożegnania na lotnisku. Pech jednak chciał, że pomyliłam dni jego odlotu.
Pech?
A może wyrafinowana strategia ego, które z całą stanowczością nie chciało pogodzić się z myślą, że to...
koniec.
Przecież to nie może się tak zakończyć. Przecież my dopiero zaczęliśmy. Niby w marcu, ale tak naprawdę dopiero we wrześniu. Od tamtego jesiennego spotkania coś się zmieniło. Stało się bardziej realne. I na poważnie.
Tyle jeszcze było sobie do powiedzenia. Na przykład to, że wylatuje nad ranem z Warszawy! Czemu nic nie powiedział? Może to było dla niego zbyt trudne? Fakt, złapanie za telefon i wystukanie kilku prostych zdań jest bardzo, bardzo, bardzo trudne. Gdy ma się macki zamiast rąk. Ale przecież on był człowiekiem. A co jeśli nim jednak nie był. Tylko... kłamcą?
Była ciemna noc, a za oknem hulał zimny wrześniowy wiatr. Przeszedł mnie dreszcz. Otuliłam się kocem. I zrobiłam sobie herbaty. Podwójna melisa. I tak nie poskutkowało. Obserwując chomika bezczelnie ogryzającego kabel od telewizora, gorączkowo analizowałam po raz kolejny każde jedno spotkanie z Panem Ośmiornicą. Czy coś przeoczyłam? Na coś nie zwróciłam uwagi? O czymś nie wiedziałam?
Jego telefon nigdy nie stanowił obwarowanej hasłami, łańcuchami, kodami i innymi zabezpieczeniami twierdzy. Tak jak i laptop. Pokazywał swoje zdjęcia. A nawet CV w kilku różnych językach. Co prawda jego Facebookowy profil wyglądał dość mocno podejrzanie, bo właściwie nic na nim nie publikował. Ale z całą pewnością lepsze to, niż epatowanie swoją facjatą co drugi dzień w social mediach. I przaśne selfie w windzie.
Był tylko jeden sposób by się o tym przekonać czy faktycznie jest na tym lotnisku. Sam. W drodze do Brukseli. W związku z tym, że nie jestem damską wersją Bonda, a najbliżej mi do ciut niższej wersji Bridget Jones oraz ciut tęższej Carrie Bradshaw, nie wsiadłam za kierownicę z GPS-em ustawionym na stolicę. Nie musiałam! W końcu żyjemy w czasach, w których ktoś (chwała Bogu!) wymyślił wideorozmowy na czacie!
Po chwili głuchego sygnału zobaczyłam uśmiechniętą twarz Pana Ośmiornicy z migoczącym gdzieś w tle Pałacem Kultury. Momentalnie się uspokoiłam. Gdy po krótkiej wymianie słów znacznie cieplejszych, niż kocyk, zapewnił, że da znać jak już będzie na miejscu, także i ja się rozpromieniłam. A kiedy dodał, że będzie mi wysyłał i przywoził belgijskie czekoladki, moje serce zaczęło bić szybko i rytmicznie. I to wcale nie na myśl o rozpływającej się w moich ustach pralince.
Zatem mówił prawdę.
A jednak w ciągu następnych dni nasz kontakt przypominał raczej korespondencję przedwojennych kochanków, którzy są zdani na łaskę listonosza albo (co gorsza) gołębia. Cóż, w końcu musiał zaaklimatyzować się w nowym miejscu... Nie miałam jednak do niego żalu. Właściwie to... poczułam ulgę.
Mogłam ze spokojem oddać się swoim sprawom. A życie - jak to życie - toczyło się dalej. Z końcem października Pan Ośmiornica coraz bardziej zaczynał przypominać ducha. Cóż, być może dlatego, że zbliżało się Halloween, a zaraz po nim Dzień Zmarłych. Dla mnie oznaczało to wyciągnięcie z szafy grubych swetrów i szalików. Brzmi całkiem przyjemnie. Z tym, że zaglądając do dawno nieodwiedzanych zakamarków szafy można natknąć się na... trupa! A właściwie na pewne pudełko z atłasową kokardą. Kolejne pudełko, które robiło za trumnę. I nie dawało mi spokoju od roku.
Tamtego listopadowego poranka obudziłam się w momencie, w którym pewnie spora część singli dopiero wracała z imprezy już jako para. Choćby i tymczasowa. Tymczasem ja wygramoliłam się z łóżka. Bo nie mogłam już dłużej czekać. W końcu niepochowany trup zaczyna cuchnąć... Nie żebym miała doświadczenie, tak czytam w kilku kryminałach!
Otworzyłam zatem pudełko. I... zalała mnie fala słodyczy. W białej całkiem pokaźnej skrzyni zalegały stosy kartek z życzeniami. Ślubnymi. Nie miałam pojęcia, co z tym wszystkim zrobić. Spalić? Zachować? Przecież ten ślub był. I choć dalece odbiegał od tego, co mogłabym nazwać "najpiękniejszym dniem w moim życiu", to jednak był to ważny dzień. Zaczęłam przeglądać jedną po drugiej. Setki zapisanych słów nie sprawiły, że nasze małżeństwo z Panem Ex-Czcigodnym przetrwało. A wyrzucenie ich nie spowoduje, że cudownie wymażę pewne wątki z mojego życiorysu. Bo nie chcę.
Ostatecznie wybrałam tylko kilka kartek na pamiątkę. Tych od najbliższych mi osób. Z tekturowej trumny miały powędrować do specjalnego miejsca. Tej jednej Szafki, w której od lat gromadzę najróżniejsze pamiątki. Zmierzając w jej kierunku, uświadomiłam sobie, że to jedyna szafka, do której nie zaglądałam wprowadzając się do mojego mieszkania z powrotem.
Cóż, szybko się okazało, że pełna jest rzeczy, o których chyba nie do końca chcę pamiętać... Tekturowe serce z autorskim wierszem na pierwsze Walentynki? To serce dawno przestało bić. Bez skrupułów potargałam je na drobne kawałeczki. Czy w takim wypadku szafka ta stanowiła skarbnicę czy raczej... cmentarzysko?
Auć! Starając się wygospodarować odrobinę miejsca na górnej półce na ślubne kartki, na głowę spadł mi album z zdjęciami. Dziwne. Wszystkie fotografie trzymałam w zupełnie innym miejscu... Co on tu właściwie... Zaraz, zaraz. Czyżby to była... Bruksela? Czyżby to był... Sylwester? Czyżby to był...
ZNAK?!
Nim najmniejsza wskazówka zegara przesunęła się na tarczy, ja oczyma wyobraźni zobaczyłam siebie i Pana Ośmiornicę z kieliszkami szampana. Czy też czekolady?
Przyglądałam się moim własnym starym zdjęciom z czasów studenckich z rosnącym zdumieniem. Jak mogłam zapomnieć, że spędzałam Sylwestra w Brukseli?! Przede wszystkim nie mogłam jednak uwierzyć, że kiedyś nosiłam tak pstrokate ciuchy. Cóż, to było jakieś...15 lat temu?! Taka moda! Hmm... A jednak dziwnym trafem osoby pozujące ze mną do zdjęcia wcale się tak nie nosiły. Trudno! Z lekką obawą, ale kliknęłam "wyślij". A potem... zaległa cisza.
Hmm... Czyżby Pan Ośmiornica przestraszył się tego jak wyglądałam półtora dekady temu? Faktycznie ta zielona czapka bardzo mocno nie współgrała z pomarańczową spódnicą. I kozakami, którym bliżej było do kaloszy. Ale... żeby aż tak?!
Gdy 12 godzin później nadal nie było z jego strony żadnej reakcji, zaczęłam się martwić. To pospolita olewka rodem ze szkoły podstawowej? Czy ktoś porwał go, zakneblował i uwięził w pokoju bez klamek wifi? Nie wiedziałam, która z tych opcji bardziej mnie nie pokoi. Ale gdy w końcu nadeszła jego odpowiedzieć w końcu wiedziałam, że to naprawdę koniec.
Był zimny, I sztywny. Nie w takim sensie w jakim lubię. Od tamtego dnia Pana Ośmiornicy już nigdy więcej nie było w moim mieszkaniu. Ani życiu. Nie uroniłam ani łzy.
Pan Ośmiornica nie był dupkiem. Nie był też kłamcą. Ale przede wszystkim nie był tym Kimś. Właściwie od samego początku pokazał kim był. Ośmiornicą. A ja usilnie próbowałam zaklinać rzeczywistość, przekonując zarówno jego jak i siebie, że jest mężczyzną. Okazuje się, jednak, że ten luksusowy status trzeba świadomie wybrać. Czego Pan Ośmiornica nigdy nie miał odwagi uczynić.
Na szczęście ja mam wybór. I go dokonałam. Nie chcę w swoim życiu kogoś, kto reaguje na wysłane zdjęcia tak jak zareagował on. Kto wiecznie kamufluje swoje prawdziwe emocje i uczucia. Kto woli samotność. I kto ściąga mnie w dół. Ale... tak właśnie działają ośmiornice. Sami przeczytajcie...
"Ośmiornice w większości żyją na dnie morskim, szczególnie na obszarach przybrzeżnych, gdzie mogą znaleźć schronienie w skałach, szczelinach, rafach koralowych lub pod piaskiem. Są mistrzami kamuflażu i wykorzystują te środowiska, aby polować na zdobycz, jak kraby, małże czy ryby. Gdy osiągają dojrzałość, ośmiornice osiadają na dnie morskim, prowadząc samotniczy tryb życia. Żyją krótko, zwykle od 1 do 3 lat. Po osiągnięciu dojrzałości płciowej odbywa się jedyne w ich życiu rozród. Samce przekazują spermę za pomocą ramienia kopulacyjnego (hektokotylusa), a samice składają jaja. Po rozrodzie samce często giną wkrótce potem, a samice, które opiekują się jajami, umierają po ich wykluciu. Cykl życia kończy się, ale kolejne pokolenie kontynuuje ten proces."
Cykl życia ośmiornicy jest krótki. I dobrze. Właśnie się zakończył. Tak jak i lato. Pora zrobić porządki. Pozbyć się trupów. I pewnej zalegającej w mojej łazience szczoteczki do zębów. Użyję jej po raz ostatni. Świetnie nada się do usunięcia brudu w jednej szczelinie za toaletą. A potem ją wyrzucę. Wraz z resztkami sentymentów. I złudzeń.
Ufff, cóż za ulga. Po wyjściu z morskich głębin znów mogę swobodnie oddychać.
Aurora

Uff od razu lżej bez tego bezdusznego stwora w twoim życiu! Oczywiście Ośmiornicy...nie chomika!
OdpowiedzUsuńJak zwykle miło się czytało i choć troszkę wiem co u Ciebie <3
OdpowiedzUsuńPoznał się na tobie i olał nic nadzwyczajnego
OdpowiedzUsuń