Singielka przez duże S
Jesień to absolutnie bajeczny czas! Za oknem panuje paskudna plucha. Poranek niczym nie różni się od wieczora. A czasem jedyne światło w ciągu dnia to te dochodzące z otwartej lodówki. Wreszcie! Nie mam żadnych wyrzutów sumienia, że spędzam całe dnie z rękami przyklejonymi do klawiatury. Tegoroczna okazała się jednak być wyjątkowo satysfakcjonująca. Czyżby amplituda opadów była jeszcze wyższa?
Ulewa, kapuśniaczek czy też śniegowa breja - bez względu na pogodę, co rusz uciekałam do lasu na długie samotne spacery. Pardon, towarzyszyły mi ciastka marcepanowe lub czekolada. Włóczyłam się po mieszkaniu w obszernych flanelowych koszulach. Zapełniałam kartki pamiętnika. I opróżniałam treść kolejnych książek z biblioteki. Odbywałam babskie ploteczki, popijając dyniowe latte. Układałam puzzle, słuchając podcastów o celebryckich dramach. Bezczelnie skłamałabym, pisząc, że piekłam cynamonki. Ale oddam hołd prawdzie, stwierdzając, że sporo ich zjadłam. Wszystko to zaś dzięki... Panu Ośmiornicy!
Kto by pomyślał, że pustka po jego osobie, może okazać się najlepszym prezentem?!
Ach, jak miło jest znów być singielką. Mimo, iż właściwie nasza znajomość była tylko czymś na kształt związku. Tak jak zakalec jest czymś na kształt ciasta.
Przede wszystkim jednak zyskałam błogi spokój. Spokój singielki.
Spokój wynikający z tego, że przestajesz marnotrawić czas na analizowanie częstotliwości i treści jego SMS-ów. I z tego, iż nie potrzebujesz ustawiać kalendarza mycia włosów tak, by były świeże w dniu, w którym wypada randka. A także z tego, że zupełnie nie przejmujesz się, iż na nogach tudzież pod pachami zawitał jeżyk. W końcu to jesień, a jeże są wtedy szczególnie przydatne. Zbierają spadające liście i jabłka. Tymczasem ty nie musisz jeść jabłek, bo waga może swobodnie szybować w górę. Oprócz precelków, prażynek i lodów miętowych z czekoladą, wreszcie możesz też ze spokojem jeść cebulę i czosnek. W każdej ilości. I wszelkie inne produkty, po których usta nie są predysponowane do całowania się z osobnikiem płci przeciwnej. No, chyba, że rzekomy absztyfikant preferuje takie smaki.
Natenczas, ja wolałam delektować się smakiem niczym nie zmąconej wolności.
Gdy myślałam, że pozjadałam już wszystkie profity wynikające z tego stanu, wtedy ktoś położył na tym torcie wisienkę. A właściwie kilka, ba, nawet garść wisienek! Innymi słowy, jak ten kapłan w konfesjonale, tudzież fryzjerka w salonie zaczęłam mimowolnie wysłuchiwać zwierzeń bliższych, dalszych, a nawet przypadkowych mi kobiet. Kobiet, które miały mężów, partnerów, konkubentów, kochanków. I... nie do końca były z tego faktu zadowolone (delikatnie rzecz ujmując). Cóż, miały ku temu ewidentne, rozmaite oraz liczne powody.
Tymczasem ja zyskałam kolejny powód, by stać się Singielką przez duże S. W przeciwieństwie do pospolitej singielki, ten rodzaj charakteryzuje się tym, że ta nie tylko jest sama (bez osobnika płci męskiej), ale chce być sama.
Oh, niekoniecznie dlatego, że gatunek męski wobec tych wszystkich zasłyszanych opowieści (które usadowiłabym na dziale true crime) zdawał się być bliski stworom z wielkimi, sterczącymi w górę... nochalami. Zamieszkującymi dziką krainę, w której panuje anarchia i rozpasanie. Nic z tych rzeczy. Bycie samą wobec takiej wizji oznaczałoby dozgonną samotność. A ja nie miałam najmniejszej ochoty skazywać się na taki los. Inaczej, musiałabym czym prędzej zaopatrzyć się w moherowy beret, stos krzyżówek z piękną blondwłosą panią na okładce i... kota.
Miau. Miau! Miauuu!!!
Tego ranka obudziło mnie miauczenie innego stwora. Puszystego, zaopatrzonego w ogon i bardzo głodnego. A jednak. Doczekałam się kota. Co prawda, należał do mojej bratanicy i był beztroskim włóczykijem. Ale codziennie o świcie zakradał się na parapet mojego okna. Miauczał tak długo, słodko i głośno, aż wpuściłam go na moment do mojego mieszkania. Z czasem zaczął przychodzić też wieczorami. I niekoniecznie po kolejną porcję kabanoska. Raczej po porcję czułości.
Wiedziałam, że to najwyższa pora. By kupić chomika? A może... wrócić na apki randkowe.
Brr...
To podmuch listopadowego wiatru? Czy może oddech przeszłych doświadczeń?
Jajks! Kaloryfer tej zimy może nie wystarczyć. Hm... Może teraz będzie inaczej? W końcu minęło już trochę czasu. A ja jestem inną osobą. To znaczy... nadal mam 150 cm wzrostu, zapas marchewek w lodówce, stos krzyżówek obok łóżka (aj, wydało się!), bałagan w szafie oraz nadmierną tendencję do bezpośredniego komentowania rzeczywistości. A jednak ogarniało mnie przemożne poczucie, że weszłabym po raz kolejny do tej jedynej w swoim rodzaju cukierni z inną intencją. Nie po ciacha. Bo wreszcie przestałam być wygłodniała.
Tej jesieni dałam sobie solidną porcję uwagi, czasu, życzliwości. Singielka przez duże S. jest sama z wyboru siebie. A nie z nie-wyboru mężczyzny. Ja nadal tego mężczyzny pragnęłam. Ale zdaje się, że już z zupełnie innego tytułu. Absolutnie nie dla tytułu mężatki. Ani nie dla pieniędzy. Choć nie strzeliłabym focha, gdyby miał ich nadmiar. Też nie z lęku przed tykającym coraz głośniej zegarem biologicznym. Aczkolwiek, nie oponowałabym, gdyby ten zechciał uczynić mnie z singielki mamą. By coś udowadniać wścibskiej sąsiadce lub ciekawskiemu dentyście. Ani nawet samej sobie. By uciec przed słowem singielka. Singielką jest być dobrze. Dokładnie tak jak dobrze jest być w związku.
Co jeśli nikogo nie znajdę? Cóż, nakarmiona miłością do samej siebie przestałam się bać stosu krzyżówek, moherowych i jakichkolwiek innych beretów. A nawet stada kotów. I właśnie skąpana w takim poczuciu wolności na kilka kolejnych dni znów stałam się więźniem wibrujących w moim telefonie powiadomień.
Owszem, wróciłam do aplikacji matrymonialnych. Przygotujcie bardzo duży kubek gorącej herbaty. Może być z prądem. Choć odgrażam się, że to będzie długi felieton z solidną dawką elektryzujących emocji.
Aurora

No i nastał spokój 🙂🙂😊
OdpowiedzUsuń❤️
OdpowiedzUsuń"Choć nie strzeliłabym focha, gdyby miał ich nadmiar." Wiadomo 🤮🤮🤮
OdpowiedzUsuń