Biała, zielona czy czerwona flaga?
Znacie kogoś kto chciałby znów powrócić do szkoły? Kogoś o zdrowych zmysłach. No, właśnie! Nikt normalny nie chciałby skazywać się ponownie na przeżywanie tego swoistego rodzaju stresu wynikającego ze spotkania srogiego wzroku i bycie ocenianym. W takim wypadku nie wiem, co też mnie podkusiło, że znów się na to naraziłam. Nie, nie na szkołę. Choć miejsce, które mi przyszło znów odwiedzić, dawało równie cenne lekcje. I przysparzało o szybsze bicie, by nie powiedzieć, łomot serca jak przed niezapowiedzianą kartkówką z matmy. Aplikacje randkowe.
Na szczęście tym razem byłam już nauczona solidnie działania panujących tam wzorców. A jeśli już przy arytmetyce jesteśmy, podobno do trzech razy sztuka. Nie lubię łamać męskich serc. Za to zasady już tak. Uznałam więc, że po raz czwarty zainfekuję mój telefon aplikacją matrymonialną. W związku z tym, że ponoć też nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, uznałam, że wypróbuję jakąś nową.
Tak oto, gdy tylko wstał kolejny dzień, ja przywitałam dziesiątki nieznajomych mężczyzn. W związku z tym, że doba ma tylko 24 godziny, a ja tylko dwie ręce, wiedziałam, że odpowiem tylko na niektóre wiadomości.
"Dzień dobry, słonko!"
Wyjrzałam za okno. Rzeczywistość za oknem jawiła się jakby ktoś na górze wylał na świat wiadro z wodą, którą uprzednio szorował brudną podłogę przychodni lekarskiej w środku polskiej zimy. Po upływie kwadransa nadal nigdzie nie było widać nawet promyka słońca. Zaraz, zaraz... W takim razie tym słonkiem z wiadomości... byłam ja?
Grrr...
O ile słońce na niebie zwiastuje dobry dzień, tego typu epitet w wiadomości powitalne może być tylko złą wróżbą. Zbyt szybkie spoufalanie się - czerwona flaga. Temu panu już podziękujemy. Podobnie jak temu, który na początek znajomości proponuje trójkąt z jego żoną. I temu, który stworzył laurkę, której treść ewidentnie zapożyczy z jakiejś piosenki. Zaraz, zaraz... Gdzieś już to słyszałam. Mariah Carey? Zenon Martyniuk? Właściwie trudno powiedzieć. Za to z łatwością wyeliminować wszelkiego rodzaju przaśne teksty, które są również czerwonymi flagami.
Ale nie tylko słowa są nośnikami cennych informacji. Po raz kolejny przekonałam się, że czasem znacznie wyraźniej i głośniej przemawiają obrazy. Za dużo odsłaniające zdjęcie? Phi. Standard. Na szczęście niektórzy osobnicy zadbali by urozmaicić kontent i zdecydowali się na zdjęcie raczej zasłaniające. Twarz. Właściwie to po prostu ktoś bezpardonowo obciął zdjęcie tam, gdzie kończyła się szyja. Czyżby istniały jakieś algorytmy, które gwarantują sukces na apce po wrzuceniu tego wizerunku?! Na co liczy tak osobnik? Chce w ten sposób przekonać, że ktoś dla niego straci głowę?! Cóż, ja z pewnością postradałam rozum, bo zaczęłam z nim konwersować. Chyba bardziej, niż dopasowana do jego apetycznego torsu koszula, przemawiała moja własna ciekawość. I tak oto szybko okazało się, że facet ukrywa swój wizerunek, ponieważ jest w trakcie rozwodu. Hm... Moja ciekawość się wzmogła. Konkretnie - interesowało mnie, czy jego druga połowa w ogóle wie o tym rzekomym rozwodzie. Nagłe znikanie podczas konwersacji oraz nazbyt erotyczne wiadomości mówiły mi czarno na białym, że takie zdjęcie to bardzo czerwona flaga. Na szczęście skończyło się tam, gdzie się zaczęło. Na pisaniu. I to szybko, a konkretnie do czasu odkrycia, że pisze też z moją psiapsi (używając innego imienia?!) oraz zablokowania natarczywego oszusta, którego miejsce jest tam gdzie moich dziurawych skarpetek.
Tego typu niewinne igraszki stanowią jednak ledwie powtórką przed prawdziwym sprawdzianem. Ten odbywa się na żywo. Przy stoliku. Zamiast długopisu trzymasz widelec. A arkusz egzaminacyjny stanowi karta menu. Tylko po co właściwie ta kartka, skoro większość współczesnych (mocno potencjalnych) absztyfikantów w ogóle... nie je! Pardon, jestem nie sprawiedliwa w tym osądzie. Owszem, jedzą. Ale: nie po godzinie 17.00. Nie truciznę, zwaną glutenem. Tfu, cukier?! Kawa. Najlepiej czarna. To ja wyciągam białą flagę i rezygnuję z jakichkolwiek randek. Jeśli ktoś nie gustuje w bezie z mascarpone i malinami to jakim cudem rozsmakuje się we mnie?! Albo jak ja mam się rozkoszować deserem jedzonym w jego towarzystwie, skoro ten nienawistnym wzrokiem będzie lustrował każdą porcję kalorii wkładaną do moich ust?!
Nic dziwnego zatem, że gdy gąszczu niejadków i poddanych reżimowi diety absztyfikantów znalazł się jeden, który zapropnował w końcu spontaniczną kolację, przystałam na jego zaproszenie bez wydziwiania. To znaczy, mimo tego, iż na horyzoncie widziałam kilka czerwonych flag. No, właściwie takich blado czerwonych. I nie za dużych. Facet był duży, po pierwsze. Mierzył dobre dwa metry. Cóż, to akurat nie jego wina (ba, właściwie to zielona flaga, gdy jest się wielbicielką obuwia na koturnach, słupkach i szpilkach). Takim Pan Bóg go stworzył. A skoro już przy Bogu jesteśmy, wyznał też, że jest ateistą. Z tym już trudniej przejść do porządku dziennego. Nie żebym była domorosłą zakonnicą pod przykrywką szalonej dziennikarki. Nie mniej jednak, mając na uwadze, że wierzę w świat duchowy (nie koniecznie samych duchownych) i uwielbiam religijne tradycje, czułam podskórnie, że może wyjść z tego bigos. Przystałam jednak na wspólny posiłek (bigos?!), po tym jak ten wyznał, że w młodości był ministrantem. I nader dobrze wspomina ten czas.
W krótkim czasie miałam przekonać się, że ja tej randki nie będę mile rozpamiętywać. Czyżby te drobne mankamenty miały przeszkadzać mi jak niepozorne rodzynki w serniku niektórym łasuchom? Cóż, okazały się jedynie przystawką do znacznie potężniejszych dział.
Rozmowa płynęła gładko i swobodnie jak bezalkoholowe piwo po naszych gardłach. Było o czym rozmawiać (zielona flaga), bo facet ewidentnie lubił to, co ja: jeść. Nic dziwnego, że oprócz zupy zamówił też drugie danie. Ja pozostałam tylko przy piciu. W końcu byłam już po obiedzie, nie wiedząc, że się w ogóle spotkamy tego wieczora. Poza tym, moment, w którym on przeżuwał i przełykał był właściwie moją jedyną szansą, by coś powiedzieć (czerwona flaga). Do końca z resztą nie była pewna, co mam mówić, bo ten nie zadawał żadnych pytań (bardzo czerwona flaga). Za to, gdy pani przy kasie zapytała czy wspólny czy dzielony rachunek oboje zamilkliśmy. By wyjść z lokalu, a tym bardziej z tej niezręcznej ciszy, wyciągnęłam kartę i zapłaciłam za siebie.
Bardzo bardzo czerwona flaga.
Czyżbym nie była za równouprawnieniem? Dokonajmy szybkiej i bezbolesnej wiwisekcji powyższej sytuacji. Po pierwsze i najważniejsze - to on wyszedł z zaproszeniem. I to zaproszeniem na kolację, nie na spacer. Rozumiem, gdyby to był kawior i bąbelki z górnej półki, ale to nie było mowy o żadnym naciąganiu na jedzenie... Poza tym czy istnieje lepsze i prostsze zapewnienie kobiety, że to była dla mężczyzny udana randka, niż zapłacenie za kolację? Cóż, dla tego pana tak. Wolał mi to powiedzieć wprost, odprowadzając mnie do samochodu. Do tego zapewniał, że z wielką chęcią spotka się po raz kolejny. Uśmiechnęłam się tylko półgębkiem, bo niestety niezbyt dobrze kłamię...
Mój randkowicz z kolei niezbyt dobrze czytał mowę ciała, bo już kolejnego dnia od rana zasypywał mnie wiadomościami. Właściwie miał do mnie pytanie (zielona flaga). Być może jego nietakt przy kasie i gadulstwo były efektem ubocznym stresu? Być może te czerwone flagi były jednak bardziej różowe? Cóż... Tym pytaniem było jak mam właściwie na imię.
Jajks!
Jeśli istnieje jakaś skala czerwonego koloru to to pytanie było flagą w najbardziej czerwonym kolorze jaki tylko istnieje. W tamtym momencie być może nie zwątpiłam w Boga, ale ewidentnie w jego zdolność tworzenia osobników płci męskiej. A może wspominam mu dać kolejną szansę? Bogu, nie tamtemu osobnikowi. Osobnikowi, który - co warto podkreślić - długo jeszcze pisał, zupełnie nie zważając na to, że po tamtym - nazwijmy to łagodnie - incydencie, właściwie mu nie odpisuję...
Jeśli już przy odpisywaniu jesteśmy, tutaj też obowiązują pewne reguły. Sztywne i twarde jak... drąg, na którym powiewa flaga. Zielona, jeśli mężczyzna jest komunikatywny. Pisze do nas. I odpisuje na zadane mu pytania (zaufajcie mi, to wcale nie jest tak oczywiste...). Jednak najważniejszy jest tu czas. Zbyt d ł u g i e przerwy w pisaniu mogą oznaczać, że jesteś jedynie elementem wianuszka adoratorek jaśniepana. Konkretne godziny odpisywania mogą sugerować, że nie jest mu na rękę pisanie rano i wieczorami. Mówiąc wprost, jest zajęty, a w przerwach w pracy ty jesteś jego przerwą od związku. A, jeszcze jedno - wysyłanie memów zamiast wysilenia się do napisania konkretnego zdania też zawiewa na czerwono.
Oczywiście samo pisanie z sobą nie jest na tyle zieloną flagą, by mogła tam zakwitnąć łąka. Musi być to coś, co sprawia, że mimo odległości czuć ten swoisty rodzaj napięcia między kobietą a mężczyzną. Flow, mówiąc krótko.
Flow jest na tyle poważnym tematem, że należy mu się oddzielny felieton. Tymczasem mój kolejny randkowicz jest na tyle błachym przypadkiem, że poświęcę mu ledwie akapit w tym tekście. Mimo wszystko reprezentuje on całkiem mocno czerwone odcienie flagi. Choć właściwie nic tego nie zapowiadalo...
Czyżby?
Facet miał własną firmę (generalnie zielona flaga, ale jeden niewłaściwy ruch i może stać się czerwoną), podróżował (bardzo zielona flaga, zwłaszcza jeśli chciałby podróżować z kimś), kolekcjonował kubki z różnych krajów (bardzo bardzo zielona flaga). Od czasu do czasu wrzucał selfie na Instagrama. Dzięki temu bez trudu rozpoznałam go, gdy weszłam do zatłoczonej modnej śniadaniowni.
Za to w zupełności nie mogłam go rozpoznać w brzuchatym gościu, którego mi pokazał na telefonie. Ten typ nie miał oporów, by pokazywać mi swoje stare zdjęcia. I to bez koszulki. Sprzed metamorfozy. Byłam po trzech łykach kawy. Co będzie dalej?!
Otóż, dalej był tylko jeszcze dziwniej. Gdy byłam w połowie napoju, ten zaczął snuć opowieść o tym, gdy w dzieciństwie był całkowicie sparaliżowany i siłą swoich myśli zaczął ruszać najpierw rękoma, potem także nogami, aż w końcu stał się wojewódzkim mistrzem szermierki. Hmm... może powiatowym? Mniejsza o to. Nie wiedziałam co powiedzieć. Dobry Boże, chwała obsłudze, że w tym lokalu podają tak ogromne rogaliki. Miałam czym zapchać usta.
Poczułam, że robię się czerwona... Czyżby mój randkowicz zawstydził mnie skalą swoich osiągnięć? Chyba mocno tego oczekiwał. Ale ja nabierałam buraczkowych odcieni z zupełnie innego powodu. Byłam lekko zażenowana. To nie było ani miejsce, ani czas na to by opowiadać komukolwiek tego typu łzawe historie. Byłam też lekko zła. Bo facet jedząc rogalika z białym makiem, wyliczał ile będzie musiał zrobić na bieżni, by to spalić. Naprawdę?! Nie istnieją przyjemniejsze sposoby? Nie ma ciekawszych tematów na pierwszej randce? Pardon, wkrótce zaczął nawijać o swojej byłej. W dość nieprzychylnym tonie. I wtedy do mnie doszło to, co sprawiło, że wyszłam.
Ten facet był chodzącą czerwoną flagą.
Podobnie jak jego poprzednik i ten postarał się, by tą opinię raz a mocno przypieczętować. Mianowicie następnego dni na jego Instagramowym profilu pojawiło się zdjęcie. Zdjęcie z naszej randki. Przedstawiało jego. Tylko jego. Dystyngowany, szczupły, lekko uśmiechnięty mężczyzna w bodowym golfie. Przynajmniej kolor był nader trafiony. A on zatopiony.
Od zatopienia moich żalów w czerwonym winie dzieliły mnie tylko sekundy. Zamiast chwycić w geście rozpaczy po butelkę wina, złapałam za telefon. Skasowałam raz na zawsze aplikacje. Poznając kogoś wirtualnie trudno jest zobaczyć te wszystkie czerwone flagi, które tak ochoczo powiewają, gdy spotkacie się w rzeczywistości. Może powinnam przestawić się na ten tryb poznawania?
Zanim do tego przejdę, muszę uporządkować notatki i zapiski z dotychczasowych randek. W skali roku było ich naprawdę sporo. A że ten się już powoli kończył, był idealny czas na podsumowania!
Istnieje tysiące czerwonych flag, na które warto zwrócić uwagę. Niektóre są ewidentne. Jak na przykład, nie uśmiechanie się. Biały proszek sypiący się w okolicach twarzy i nie będący łupieżem. Posiadanie żony. Długów. Przeszłości kryminalnej. Lub też zbyt dużej ilości kotów. Ale niektóre czerwone flagi zawierają odcienie zieleni. Na przykład, rozwijanie pasji. Bo może być zawsze na pierwszym miejscu. Znaczy przed tobą. Wysyłanie selfie jest w porządku. Ale staje się czerwoną flagą, gdy na twoje jedno zdjęcie, przypada tuzin jego. I to jeszcze w windzie. Z kubkiem z Starbucksa, mimo że nie ma po drodze... Szacunek do matki jest mocno zieloną flagą. Ale staje się jedną z najgorszych czerwonych flag, gdy oznacza, że woli z nią omawiać status waszej relacji, niż z tobą. Jedna mała czerwona flaga nie skreśla mężczyzny. Jednak wiele niepozornych czerwonych flag bywa znacznie bardziej niebezpieczne, bo skutecznie zasłoni nawet sporych rozmiarów zieloną flagę.
Można nie rozróżnić jednej od drugie. Się zagubić. Albo dać się omamić. Ostatecznie najskuteczniejszym barometrem toksyczności osobnika jesteśmy my same. Jeśli czerwieniejemy przy mężczyźnie i nie jest to żądza, należy wywiesić białą flagę. Bycie czerwoną ze złości, zawstydzenia, frustracji, zażenowania czy też niecierpliwości nie jest mile widziane.
Lekcja odebrana. Teraz pora wyjść z tej szkółki. I zacząć prawdziwe życie. Wyostrzyć wszystkie zmysły. Najpierw jednak zaostrzyć sobie apetyt, który skutecznie straciłam. Na szczęście, to szybko mija. Bo lubię jeść.
Aurora

Niesamowicie trafny felieton!
OdpowiedzUsuń