Co można zrobić w 5 minut?

Można podlać wszystkie kwiaty w mieszkaniu. Zaparzyć kawę. Ugotować jajko na twardo. Przejrzeć dzienną dawkę plotek na Pudelku. Odpisać na służbowego maila. Dobrać w pary wyprane pół roku wcześniej skarpetki.  Ale czy ludzi też?! Znaczy się... zakochać? 
Cóż, podlewanie i parzenie kawy miałam opanowane do perfekcji. Pora sprawdzić moje inne super moce. 

Bez obaw. W związku z tym, że jestem tylko (?) normalną (?!) kobietą, której trudność sprawia parkowanie równoległe, nie wyszłam na ulice z minutnikiem w ręku. Ba, zrobiłam coś o wiele bardziej szalonego. Wzięłam udział w Szybkich Randkach




Nie żebym miała za mało adrenaliny w życiu. Oto dbał mój napięty grafik dnia. Wyjazdy na targi, reportaże, wywiady i eventy. Deadliny. Między tym robienie zakupów, prania, nitkowanie zębów. Wiecie, ważne sprawy. Wysłuchiwanie trosk mamy, głaskanie chomika, półtoragodzinne głosówki z psiapsi i sister. Wiecie, życie. Jak w tym wszystkim znaleźć czas na obiad?! A co dopiero ciacho. Znaczy faceta. Dlatego hasło "szybkie randki" spowodowało u mnie szybszy puls. I błyskawiczną decyzję. Tym bardziej, że hasło "aplikacje randkowe" wywołano odruch zgoła odwrotny. 

Był zimny listopadowy wieczór. Ubrałam obcisłe czarne leginsy. Ale na wierzch narzuciłam opasłe ponczo, które skutecznie mogło przekreślić moje szanse na znalezienie pana właściwego. Cóż, jeśli to ma być pan właściwy, nawet ponczo mu w tym nie przeszkodzi.

A może jednak trzeba było zostać przy tych aplikacjach? 

Gdy tylko przekroczyłam próg lokalu, w którym odbywały się randki, poczułam lekki ucisk w żołądku. Zaraz, zaraz, przecież to aplikacje randkowe przyprawiały mnie o mdłości. Tymczasem poczułam nagłą potrzebę zwrócenia obiadu. Czy to aby na pewno ta potrawka z tuńczyka. Czy... stres?! Nagle dotarło do mnie, że to dzieje się naprawdę. Spojrzę w oczy 10 różnym osobnikom płci męskiej. Gdy ktoś nie przypadnie mi do gustu nie będzie opcji przesunięcia w lewo. A jeśli będzie toczyć denny monolog na temat ilości białka w kurczaku, nie będę mogła po prostu wyjść. Czy też roześmiać się komuś prosto w... ekran telefonu?! Właśnie, tu będzie twarz. A może jednak opuszczę lokal zanim ktokolwiek się zorientuje? W końcu to tylko 30 zł. Zostało jeszcze 5 minut... Moje wewnętrzne dylematy przerwał dźwięk dzwoneczka. Organizatorka oficjalnie ogłosiła start!

Zasady były proste. My (panie) siedzimy przy stolikach. Oni (panowie) dosiadają się do kolejnego stolika dokładnie, co 5 minut. Już mi się podoba. Po każdej rundce zaznaczamy na specjalnej karcie czy jesteśmy na "tak" czy na "nie". Jeśli jest dopasowanie, po zakończeniu organizatorka udostępnia numer telefonu obojgu zainteresowanym. Brzmi obiecująco. Kto nie ryzykuje ten... Idę w to!
Tylko czy w ogóle można w 5 minut przekonać się, że ktoś do nas pasuje. Nie. Okazuje się, że potrzeba na to dosłownie 1 minuty

Wow!

Postura ciała. Zapach. Sposób podania ręki. Spojrzenie. Tembr głosu. Tempo mówienia. Szybkie randki dawały o wiele głębszy wgląd w człowieka, niż powolne poznawanie się na aplikacjach. Byłam zaskoczona tym jak niewiele było trzeba by wiele dowiedzieć się o mężczyźnie. Właściwie tego najważniejszego - czy jestem wobec niego na "tak"

Byłam na "nie" wobec zdecydowanej większości kandydatów.

Aż tak źle?

Weźmy głęboki oddech. Kubek mocnej kawy melisy do ręki. I przyjrzyjmy się. Postawny młodzieniec z bujnym zarostem, który zawodowo zajmował się tworzeniem białej broni, a po godzinach pracy władał nią w stroju rycerza? Cóż, bycie księżniczką już przerabiałam. Z marnym skutkiem. O czym prawi mój poprzedni felieton. Nie widziałam się też u boku górnika obwieszonego złotymi łańcuchami, który był przekonany o tym, że skoro oboje jako jedyni zamówiliśmy zimową herbatę, to ewidentny znak, że jesteśmy sobie pisani. Zapisałam przy nim "nie" z wykrzyknikiem. Tak jak i przy chuderlawym informatyku, który wyglądał jakby dopiero, co zdał maturę. Rzadko wychodził z pokoju. I żywił się chlebem tostowym z masłem orzechowym. I niczym więcej. Nieco bardziej obiecujący był kolejny osobnik o nieco ciemniejszej karnacji, który żywo opowiadał o Włoszech. Dopiero po upływie 4 i pół minuty zorientowałam się, że mówi tylko on. A jego kaleczenie polskiej mowy wcale nie wynika z tego, że sam jest Włochem. Po prostu bełkotał tak dużo, tak szybko i tak niewyraźnie, że tylko robił wrażenie obcokrajowca. Ponadto robił też zwyczajnie złe wrażenie. Był wreszcie leśnik, który wpatrywał się we mnie jak głodny wilk w swoją zdobycz. I wykładowca prawa, który nie brakowało inteligencji, siwizny, dobrych manier, zgrabnych pytań. Ale i tego "czegoś". Był mdły jak kanapka z szynką. Tylko z szynką - bez sałaty, ogórka czy choćby kleksa keczupu. 

Jeśli któregoś pominęłam, to mówi to samo za siebie.

A jednak! Nagle mnie oświeciło - Pan Elektryk. Przecież to właśnie przy nim napisałam "tak".
Jednak tylko przy jednym imieniu napisałam pozytywną adnotację: "fajny". Przy drugim kandydacie, którego postanowiłam zaklasyfikować do kolejnej randkowej rundy. Pan Pablo. Tylko w jego obecności miałam wrażenie, że 5 minut to stanowczo za krótki czas. Właściwie nawet nie wiem o czym rozmawialiśmy. Ale nie miało to większego znaczenia. Mogły to być statystyki opadów śniegu w ubiegłym miesiącu. Lub miejskie nekrologi. Czerpałam przyjemność z samego słuchania jego ciepłego, ale zarazem seksownego głosu. W jego spojrzeniu było coś... kojącego. Zdecydowanie miałam ochotę kontynuować naszą rozmowę. I była ku temu szansa. Pan Pablo czekał przy wyjściu. Miałam nieodparte wrażenie, że na mnie. Był tylko jeden problem. Przy wyjściu wyczekiwał na mnie też Pan Elektryk. Co prawda, panowie się o mnie nie bili. Nie mniej, to trzeci skorzystał. Pan Wykładowca. 

W przeciwieństwie do nich, Pan Wykładowca nie czekał. Działał. Zaproponował herbatę i kontynuację 5-minutowej randki. Kolejne 30 minut dłużyło się jednak jak cała wieczność. Pani organizatorko, gdzie ten dzwoneczek?! Rety, jeśli on tak przynudza na swoich wykładach, powinni płacić odszkodowanie jego studentom. Co mnie podkusiło, żeby z nim zostać? Herbata. Była gorąca, a mnie przeszywały zimne dreszcze. Z początku z powodu nadmiaru emocji i braku ogrzewania w lokalu. Z całą pewnością szybko był to jednak odruch przerażania. 

Co ja najlepszego narobiłam!? Trzeba było przyspieszyć tą randkę męczarnię. Jednym haustem opróżniłam kubek. Sparzyłam się. Nie herbatą, a moim własnym wyborem. A jednak nie żałowałam decyzji wzięcia udziału w szybkich randkach. Każde spędzone tam pięć minut było tego warte. Wiedziałam już, że od tamtego dnia nigdy więcej nie zainfekuję swojego telefonu aplikacją randkową. Przekonałam się, że w pięć minut można wiele zdziałać. Na przykład, zaliczyć bardzo udaną randkę. Mimo niesprzyjających okoliczności - obecności innych samców. Presji czasu. Stresu. Zimna. Tylko trzeba przestać działać tak jak w przypadku aplikacji: nie myśleć, nie patrzeć, nie analizować. Trzeba mocno wyostrzyć intuicję. I zacząć czuć.  Bo na żywo czuć bardzo dużo. Wszystko. 

Tylko czy moje intuicje były słuszne? Miałam przekonać się już następnego dnia, kiedy to jeden z nowo poznanych absztyfikantów napisał z zaproszeniem i ochotą na dłuższą znajomość. Nie byłam tylko pewna do kogo należy ten numer telefonu, bo... uciekając z spotkania z Panem Wykładowcą za drzwiami nie zastałam ani Pana Elektryka. Ani Pana Pablo. 

Aurora

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bardzo długa gra wstępna

Przepis na CIACHO idealne

Mieć ciastko i zjeść ciastko