Wielkie nadzieje i Mały Książę
Aurora, Pocahontas, Arielka, Bella... nim człowiek zdecydował kim właściwie chce zostać, producenci Disneya zdecydowali za nas. Księżniczka to całkiem zgrabna profesja. Ale nie dla mnie. Choć jako mała dziewczynka fanatycznie wręcz uwielbiałam film "Kopciuszek" z Matthew Broderickiem, daleko mi było do typowej księżniczki. Bądźmy z sobą szczere. Być może nie wyznamy tego księdzu w konfesjonale, rodzinie na łożu śmierci, ale same przed sobą już tak - bez względu czy byłyśmy buntowniczkami, chłopczycami, każda z nas gdzieś głęboko w sobie skrywała tęsknotę za jednym. Księciem.
Mężczyzną eleganckim, szarmanckim, opiekuńczym. Właścicielem niezłego sprzętu. Wozu, znaczy się. I równie wypasionego lokum. Tylko, gdzie takiego znaleźć? W bibliotece na dziale "bajki dla dzieci". A może "tanie romansidła dla nastolatek/naiwnych dorosłych"? Jakież było moje zdziwienie, gdy osobnika, który spełniał wszystkie określone kryteria znalazłam na... aplikacji randkowej. Po przetarciu oczu i uszczypnięciu się w policzek, a także wzięciu zimnego prysznica, on nadal tam był.
Przystojny. Z błyskiem w oku i seksownym zarostem. Zabawnym i błyskotliwy. Nie trzeba było się prosić o codzienne wiadomości o poranku. I na dobranoc. Zdjęcia z siłowni? Proszę bardzo. Właściciel pałacu, który od lat funkcjonował jako fine diningowa restauracja. Jako wisienka na torcie fakt, że bez (nazwijmy to szumnie) przeszłości. Brak byłej żony. Obecnych alimentów. Kartoteki więziennej. Cholerka. Był wręcz idealny!!
Czy jednak realny?! Trzeba się jakoś przekonać. Zdjęcie na apce może być sfabrykowane, nawijka wyuczona, a opis mocno podkoloryzowany. Musiałam zdobyć namacalne dowody.
Na dobry początek kolacja w jego restauracji? Już po zamknięciu? Phi. To byłby banał. Jako profesjonalistka najpierw przystąpiłam do solidnego researchu. Byłam w tym naprawdę dobra. Zawsze chciałam zostać detektywem. Ostatecznie przyszło mi być dziennikarką. Kulinarną, nie śledczą. A tamtego wieczoru, popijając kawę, otworzyłam przeglądarkę internetową, zamieniając się w pospolitą wścibską babę. Przeżyłam szok! To nie były zmyślone bajeczki. Zdjęcia, artykuły, a nawet wpis w CDIG. Wszystko się zgadzało. Jego autentyczność potwierdzał fakt posiadania wspólnych znajomych w pewnym serwisie społecznościowym. Zamiast zasięgać jednak u nich języka, wolałam swój własny wprawić w ruch! Z nim. Znaczy, umówić się na randkę. By porozmawiać. Oczywiście.
Na szczęście, on chciał również. Nawet bardziej. Nie byłam do końca pewna czy rozmawiać czy jeść, czy też uprawiać inne aktywności. Nie mniej jednak, wkrótce przyszło zaproszenia na kolację. Nie gołębią, a elektroniczną pocztą. A jednak im bliżej spotkania, tym ja bardziej przestawałam czuć motyle w brzuchu. Zadawałam sobie jedno zasadnicze pytanie:
Gdzie tkwi szkopuł?!
Jakiś przecież musiał być! Bo niby dlaczego ktoś tak idealny nadal był sam?! A może... może przez te wszystkie lata po prostu czekał cierpliwie na swoją... księżniczkę?
Nadal nie wiem czy bliżej mi do postaci z Diney'a czy Doliny Muminków, nie mnie on już faktycznie na mnie czekał. Stał przed wejściem do umówionej restauracji. W pierwszym momencie go nie zauważyłam, bo jego facjatę przesłaniał ogromny bukiet czerwonych róż. Czerwona flaga? Przecież to dopiero pierwsza randka! Co będzie na drugiej? Nie wiem. Ale na trzeciej przypuszczalnie się oświadczy. Ale... Zaraz, zaraz! Czyżby to był ten szkopuł? Nie, nie kwiaty. Nie, nie oświadczyny. A jego wzrost. Rety! To dlatego go nie widziałam... Problemem księcia z bajki o Kopciuszku był zbyt mały bucik, który na nikogo nie pasował. Problemem tego księcia był tak mały wzrost, że z pewnością trudno mu było dopasować się do jakiejś księżniczki. W tym wypadku rozmiar ma znaczenie! Cóż, dla większości kobiet mężczyzna zaczyna się od 170 m. Ale ja jestem ponad te powierzchowne spojrzenie. Hmm... Być może dlatego, iż sama sięgam znacznie poniżej przeciętnego wzrostu. A całkiem możliwe też, że wielkie znaczenie mają dla mnie drobne gesty, a nie czyjaś drobna postura.
Właśnie. I tu dopiero pojawił się naprawdę ogromny problem.
Mały Książę był wysokiej rangi dżentelmenem, Potrafił otworzyć drzwi do lokalu. Poprosić o wazon na kwiaty. Odsunąć krzesło. Wiedział nawet jak prawidłowo trzymać kieliszek do wina! I opowiadał o nich jak zawodowiec. Właśnie. Nasza rozmowa znacznie bardziej przypominała mi spotkanie służbowe, niż schadzkę gruchających do siebie gołąbków. Gdy zakończyliśmy wymianę doświadczeń i obserwacji branży gastronomicznej, została podana zupa. Ufff... Całe szczęście. Inaczej zapadłaby niezręczna cisza. Tymczasem wybrzmiało mlaskanie, siorbanie i brzdęk sztućców.
Czar prysł.
Nie dla Małego Księcia. Choć ja już wiedziałam, że proponowany przez niego bucik nie będzie na mnie pasował, ten niezłomnie proponował kolejne spotkanie. Przy jego dziesiątym podejściu skończyły mi się wymówki, w końcu ileż razy można mieć wyjazd służbowy, okres, migrenę albo chorego chomika?! Przystałam więc na jego zaproszenie. Najpierw jednak umówiłam się sama z sobą, że powiem mu wprost, że nic z tego nie będzie. To będzie krótka i konkretna wizyta. Bez opowiadania bajek.
Pałac... Yyy, znaczy się dom Małego Księcia mieścił się niedaleko mojego. Choć w tym wypadku określnie "pałac" wcale nie byłoby takie mylne. Jak na jednoosobowe lokum było naprawdę ogromne. Stylowo i bogato urządzone. Salon z ekranem tak dużym, że eliminował potrzebę chodzenia do kina. Dwie łazienki. Trzy sypialnie. I przepiękna kuchnia z wyspą do gotowania pośrodku.
A może jednak trochę tu zostanę?
Ja pomyślałam Mały Książę zadecydował. Wyciągnął dwa kieliszki i wypełnił je czerwonym wytrawnym trunkiem. Czyżby przeczuwał, co się święci i nie mógł tego znieść na trzeźwo. Cóż, miał swoją własną wersję wydarzeń. Jego zdaniem tylko wino pasowało do tego, co miał zamiar zrobić. Zaciągnąć mnie do łóżka? Nie. Ugotować spaghetti. Jego ręce poszły w ruch. Zrobiło się gorąco. Od gotującej się wody, do której zwinnym ruchem włożył makaron. Czyż może być coś bardziej apetycznego od gotującego dla mnie mężczyzny?
Eh...
Morały pozostawmy na koniec bajki felietonu.
To była wręcz królewska uczta - Mały Książe używał składników tylko z najwyższej półki. Jedzenie przez niego zaserwowane było pyszne i świetnie doprawione. Dlaczego zatem nie miałam apetytu na dokładkę?! Za to na dolewkę, owszem! Coraz bardziej widziałam jego większe mankamenty, niż mały wzrost. Mały Książę był sztywny. I nerwowy. Właściwie nie prowadził życia poza swoim gastronomicznym biznesem. I nie kochał tego biznesu. Wydawał się być raczej jego więźniem, niż szefem. A choć szefem swojej własnej kuchni był całkiem niezłym, zapomniał o najważniejszym. Po kolacji nie zaserwował deseru. Ja nie miałam zamiaru nim być. Hmm... Nie żebym predysponowała do bycia niedostępną, jak ta księżniczka w wieży. Albo wyniosła jak ta Róża z "Małego Księcia". A jednak. Nasze rozmowy były konwersacjami. Brakowało w nich pieprzu. Choć piec był rozgrzany, nie iskrzyło. Choć wino się lało, nikt nie był mokry.
Mogę pójść do łóżka z kimś, kto nie jest w moim typie. Jest ode mnie sporo starszy. Lub młodszy. Z bramkarzem z disco. Operatorem koparki. Ale za żadne tony czekolady nie poczuję chemii z kimś, kto nie ma poczucia humoru (choćby zbliżonego do tego mojego). Tymczasem, gdy ja opowiedziałam jedną z najzabawniejszych anegdotek mojego życia, Mały Książę nie tylko nie parsknął śmiechem, ale nawet nie wysilił się by z grzeczności podnieść kąciki ust w górę.
Tego było zbyt wiele!
Wtedy zrozumiałam. Ta znajomość jest jak ten dom. Z pozoru wszystko wygląda pięknie. Wszystko jest na swoim miejscu. Wszystko do siebie perfekcyjnie pasuje. Ale brakuje klimatu. Ciepła. Życia. To było nasze ostatnie spotkanie. Jednak Mały Książę z pewnością nie był jednym z tych absztyfikantów, za którym wyślę list gończego, na którego mocy zostanie pojmany i wtrącony do lochów z innymi, którzy złamali mi serce, zasady moje i dobrego smaku. W mojej pamięci na zawsze pozostanie... Księciem.
Ale zupełnie nie z mojej bajki.
Aurora

Komentarze
Prześlij komentarz