Czysta karta
W świecie zwierząt sytuacja jest... czysta. Samiec zaleca się do samicy, prezentując swoje wdzięki oraz zasoby: stroszy piórka i wykonuje taniec godowy. Bywa, że musi stoczyć pojedynek z innym samcem. Tudzież przynosi upolowaną kolację (czasem jeszcze ciepłą). Wszystko po to, by ją finalnie skonsumować. Samicę, niekoniecznie kolację. Nie ma brudnych zagrań w stylu milczenia przez równy tydzień, by następnie zostawić lajka pod zdjęciem z 1994 roku.
I tym oto sposobem dochodzimy do człowieka. Prawdopodobnie jedynego gatunku, który posiada tytuł doktorski z nieczystych taktyk. I dla którego czysta karta okazuje się notatnikiem po poprzednim semestrze, z pozaginanymi rogami, bazgrołami i śladem po kawie. Cóż, mój notatnik był pełny. Ten życiowy i ten, który trzymałam w dłoniach. Pamiętnik, w którym odręcznym pismem skrzętnie zapełniałam kolejne kartki, opisując randki, dramy i uniesienia będące moim udziałem przez wszystkie minione 12 miesięcy.
Święta minęły, a moje okna były nadal brudne. O dziwo, mimo to życie toczyło się nadal. A koniec świata nie nastąpił. Kończył się za to rok. Do Sylwestra zostało raptem kilka dni! A ja zamiast planu na ten szczególny dzień miałam czystą kartkę... Nie, żeby brakowało mi pomysłów i chęci. Miałam apetyt zrobić coś szalonego! Coś, czego nigdy jeszcze nie robiłam w Sylwestra. Zaczęłam przeglądać oferty górskich pensjonatów. A następnie nadmorskich kurortów. Brak dostępnych miejsc noclegowych mnie zniechęcił. Ceny tych nielicznych dostępnych uświadczyły mnie w przekonaniu, że Sylwester w domu i z Dwójką jest całkiem w porządku. W przeciwieństwie do okien, zdążyłam wyczyścić za to moją lodówkę z resztek. Trzeba było więc tylko dokupić coś, co nada splendoru temu dniu, jak na przykład sałatkę surimi i parówki z jalapeno. Byłabym zapomniała, sztuczne ognie! I gotowe!
Eee...
Czegoś tu brakuje. Prawdziwego ognia? Innymi słowy, kogoś. W końcu Sylwester z Dwójką dobrze by było jednak spędzić we dwoje. Nie żeby brakowało zaproszeń. Im bliżej było Sylwestra tym spływały ciekawsze propozycje. Od absztyfikantów starających się o moje serce. Jak też istot, które już się dawno w nim umościły, moich przyjaciółek. A jednak ja wciąż czekałam na to jedno zaproszenie. Od Pana Pablo.
Choinka zaczęła zwolna blaknąć jak posmak karpia w ustach. I mój foch na Pana Pablo. Z resztą foch to zgoła zbyt duże słowo. Może warto by było mu dać szansę? W końcu facet miał... bardzo czystą kartę. A to się ceni jak prawdziwe truskawki w grudniu.
Nie tylko nigdy nie był w związku małżeńskim, ale w ogóle miał na koncie tylko jeden poważny związek. Nie na tyle poważny, by zaciążyć kogokolwiek i obciążyć siebie kredytami. Miał pracę na etat (legalną). Mieszkanie (kawalerkę). Papugę (prawdziwą, nie pluszową). I właściwie na tym kończy się lista zobowiązań. Ale z całą pewnością nie zalet. Pan Pablo nie tylko miał czystą kartę, ale był wręcz czysty jak łza. Nie pił czystej, na przykład. W ogóle stronił niemal całkowicie od jakiegokolwiek alkoholu. Nigdy nie zapalił też papierosa. A tym bardziej skręta. Ideał?
Hmm...
Cóż, o tym nie decyduje ani liczba kobiet w łóżku, zer na koncie, tatuaży na ciele, włosów na głowie, a czyjeś intencje. Czy te Pana Pablo wobec mnie były czyste czy brudne? Czego właściwie chce? Jakie są jego zamiary? I - najważniejsze - czy ma zamiar spędzić ze mną Sylwestra?
Chyba każdy zdroworozsądkowy człowiek na tej planecie zgodzi się ze mną, iż nie ma większego znaczenia kto mnie obsługuje w supermarkecie, kto siedzi obok w kolejce do dentysty, ani nawet kto zostanie kolejnym papieżem w obliczu tego jak istotne jest z kim spędzi się Sylwestra! W końcu to ten magiczny moment w ciągu roku, kiedy przeszłość przechodzi w przyszłość. Ta zaś jest czystą kartką, na której może pojawić się wspólna opowieść rozpoczęta razem, której happy end nadal pisany będzie oburącz.
Tymczasem ja przy użyciu jednej ręki, długopisu i kartki papieru rozprawiałam się z moją przyszłością. Dokonywałam corocznego podsumowania. Ta kartka nie była czysta. Widniało na niej 24 numerów. Tyle było randek z nieznajomymi. Pardon, niektórzy stali się na chwile znajomymi, a nawet kimś bliższym. I pardon, byłabym zapomniała o tym jednym absztyfikancie, z którym spotkałam się w galerii handlowej i podczas spotkania udałam się do toalety okrężną drogą, gubiąc się z premedytacją po drodze, byleby tylko minął czas do odjazdu jego pociągu. Czy jeszcze kogoś pominęłam? Cóż, być może. Ten rok był pełen ciężkich dymów, niespodziewanych skrętów i wylanych czystych łez. Ale zdaje się, że właśnie dzięki temu wiedziałam dokładnie kogo i czego chcę.
Tymczasem na dzień przed Sylwestrem Pan Pablo nie był w stanie określić, gdzie i jak spędzimy ten jeden wyjątkowy wieczór. Czy u mnie czy też w jego lokum? Czy mogę zostać na noc? Gdzie będę spać? Nigdy nie przypuszczałam, że dobiegając 40-stki zamiast zastanawiać się jaką kreację na siebie założyć lub tym bardziej, co ubrać pod tą kreację, będę namyślać czy zabrać ze sobą na Sylwestra... śpiwór.
Eh...
Czyste szaleństwo? Mało i łagodnie powiedziane. Im intensywniej o tym wszystkim myślałam, tym mniejszą miałam ochotę na jakiegokolwiek Sylwestra. Nie zdążyliśmy nawet się w sobie zakochać, a karta naszej znajomości już była mocno pozagniatana i ubrudzona... Czyżby to, co było zapisane na jego karcie było zbyt różne od tego, co znajdowało się na mojej? Narastającą złość i frustrację musiałam jakoś rozładować. W Sylwestrowy poranek chwyciłam za butelkę. Płynu do mycia okien. Zaczęłam myć szorować okna. Umyłam wszystkie. I nagle nastała jasność.
Uświadomiłam sobie, że patrzyłam na Pana Pablo przez moją "zabrudzoną" przeszłość. Miałam wobec niego oczekiwania, ale też targały mną pewne lęki i kierowały schematy, bo widziałam go przez pryzmat minionych relacji. A on działał inaczej. Jak? Nie przekonam się, póki nie pozwolę mu pisać po mojej kartce jego własnym pismem. Być może teraz to bazgroły, które z czasem nauczę się odczytywać bez trudu.
To był bardzo udany Sylwester! Najpierw byliśmy w kinie. Potem na grzańcu. Zjedliśmy kolację. A po tym aperitifie przyszła pora na ten moment. Czystej rozkoszy i przyjemności płynącej z oglądania jak ciemne niebo rozbłyskuje tysiącem kolorowych świateł zwanych pospolicie fajerwerkami. Nadejście Nowego Roku. Akurat w tym przypadku ważne jest nie tylko z kim, ale gdzie przeżywa się ten moment.
Trzeba przyznać, że Pan Pablo postarał się wybrać najlepszą miejscówkę w mieście. Bardzo wysoko i w samym centrum. By mnie zaprowadzić na ten szczyt, musiał nieco ubrudził swoje sumienie, dokonując na wejściu przekupstwa portiera butelką napoju wyskokowego. Ale tym nieczystym zagraniem tylko mi bardziej zaimponował. Tak oto wdrapaliśmy się na sam dach budynku firmy, w której pracował. Aktualnie zaś, pił ze mną szampana. Ten - jak to szampan - był średni. Za to widok był wręcz oszałamiający. A jakie były widoki na naszą dalszą relację?
Rok właśnie się dopiero zaczynał. Kartka była czysta. Wszystko było możliwe. Ups! Gdy przemarznięci wracaliśmy do jego mieszkania, strzaskaliśmy zabrane ze sobą szklanki. Czyżby dobra wróżba? Cóż, skoro fajerwerki były także w łóżku, ten nowy rozdział zaczynał się w całkiem szampańskim stylu...
Aurora

No już myślałam, że bez fajerwerków 🤭😉❤️🍷
OdpowiedzUsuńI czekam na więcej 😉
OdpowiedzUsuńW głowie siano
OdpowiedzUsuń