Lukrowany piernik i facet pod choinkę
O, choinka! Do Wigilii zostało niespełna 10 dni. Dziesięć! A przede mną dziesiątki rzeczy do kupienia i załatwienia - choinka, prezenty, karp... Lista ta przypominała mi rosnącą kulę śnieżną — im bardziej się starałam, tym bardziej mnie przygniatała. A ja łapiąc z trudem oddech w tej gonitwie, łapałam się na tym, że bardziej niż o prezentach, marzę o… pomocniku na całe życie pełen etat. Dziwne. W dzieciństwie 10 dni oznaczałoby całą wieczność. Dziś — mrugnięcie oka. Choć w tym roku pojawiło się we mnie coś z tamtej małej dziewczynki. To drżenie serca w oczekiwaniu na coś ważnego. Tylko że nie czekałam już na prezenty ani pierwszą gwiazdkę. A na rozwój wydarzeń.
Przecież to była dopiero nasza pierwsza randka! I choć miałam nieodparte wrażenie, że między mną a Panem Pablo podczas jednego wieczoru wydarzyło się więcej, niż w innych relacjach przez kilka miesięcy, nadal nie miałam pojęcia jakie są jego intencje. Coś mi jednak mówiło, że w powietrzu unosi się zapach... piernika? Nie, krewetek!
Pan Pablo gotował dla mnie obiad. Oh... Bez względu na to czy to miałby być tylko przelotny romans czy długotrwały związek, a także wobec tego, że krewetki były bardzo słone, to było bardzo słodkie. Poczułam się jak pierniczek oblewany nadprogramową ilością lukru.
A więc rozwój akcji nastąpił! Po kilku dniach zaproszenie na drugą randkę zaskoczyło mnie jak grudniowy śnieg polskich kierowców. Z tym, że mnie ten "śnieg" ucieszył. Gdy tylko o umówionej godzinie przekroczyłam ponownie próg jego mieszkania, spostrzegłam, że i ono zostało polukrowane. Innymi słowy, było w nim świeżo i czysto. Na kanapie zagościły świąteczne kocyki. Na stole sezonowe szklanki. Na mnie czekały zaś kapcie. Ach, tego mi było trzeba... Nie, nie kapci. Poczucia, że ktoś o mnie dba i myśli o moim komforcie. A więc to jest na poważnie.
Zaraz, zaraz...
Przecież to tylko kapcie! Pewnie kupione gdzieś na przedświątecznej promocji, które zagoszczą na stopach nie jednego gościa tych włości. I to gościa płci przeciwnej. Cóż, nie tylko... było też tiramisu! Widok Pana Pablo wykańczającego własnoręcznie wykonany włoski deser był dla mnie równie surrealistyczny jak sanie św. Mikołaja sunące po grudniowym nieboskłonie. Z tym, że chyba łatwiej byłoby mi uwierzyć w świąteczny zaprzęg widziany nad miastem, niż to, co było właśnie moim udziałem. Mężczyzna szykował dla mnie ucztę! Prawdziwy prezent wyciągnął jednak przy kawie. Nie z worka, tylko z spodni. Z kieszeni spodni, żeby była jasność! Co takiego? Małą, lekko wymiętą kartkę papieru, na której wypisał listę... prezentów? Wymagań? Oczekiwań? Obostrzeń? Ufff... na szczęście tylko zagadnień do rozmowy i pytań, które chciał mi zadać. Zabawne. Bo ja zrobiłam dokładnie taką samą listę! Byliśmy tak samo głodni wiedzy o sobie. Poruszaliśmy tematy ważne, głębokie, ale też te prozaiczne. Słowa płynące z jego ust smakowały mi nie mniej, niż jego tiramisu. Nie żeby słodził. Ale był autentyczny. A ja tego właśnie szukałam. Czułam się jakby w tym roku ktoś położył prezenty pod choinką jeszcze przed Świętami. Czyżbym była aż tak grzeczna? Cóż, spojrzenia, które wymienialiśmy z Panem Pablo nie do końca były grzeczne. Tak udana randka mogła mieć tylko jeden słuszny finał...
Mianowicie, pojechaliśmy do popularnego sklepu budowlanego! Takiego z dużym zapleczem ogrodniczym. Kupić dla mnie choinkę! W końcu prezenty już były! Niepodobna zatem by leżały tak odłogiem gdzieś w kącie pokoju, zamiast w cieniu przystrojonego drzewka. Pan Pablo własnoręcznie przetransportował ją do mojego samochodu. A następnie po stromych schodach do mojego mieszkania. Oh! Auć, coś mnie ukłuło. Nie było to nic twardego, więc to nie mógł być on. To było coś raczej ostrego. Igła choinki? Hm... raczej igiełki niepewności. Podczas całej naszej randki Pan Pablo stronił od wszelkiej czułości i namiętności.
Yyy...
Czy coś przeoczyłam? Czyżby nadmiar lukru przysłonił mi gorzką prawdę? Może tak naprawdę zaprosił mnie tylko z grzeczności? Może jednak jego autentyczność była przereklamowana?
Hmm...
Nie żebym była absolwentką wyższej szkoły randkowania, ale coś tam praktykowałam. I coś tam wiem. Dlatego tym bardziej nie wiedziałam jak mam to rozumieć. Ajć, to był twardy orzech piernik do zgryzienia. W jakim celu zgrywał grzecznego chłopca? Przecież nie był już chłopcem, który musi się zgrywać przed rodzicami, bo inaczej nie dostanie prezentu. Owszem, był kilka lat młodszy ode mnie, ale nadal już na tyle dorosły, że nie musiał pytać nikogo - a zwłaszcza mnie! - o pozwolenie na całusa. Nawet tego z języczkiem.
Eh...
Kolejna randka niczym pierwsza gwiazdka rozbłysła nadzieją na zaciemnionym niebie moich wątpliwości i obaw. Tylko czy to, co migocze to prawdziwa gwiazdka czy jakiś dzieciak zabawia się laserem? Sprawdźmy! W końcu kto nie ryzykuje, ten nie pije... absyntu? To mi się podoba! Tego wieczoru poszliśmy na zimowy spacer ulicami miasta, a kiedy zrobiło się naprawdę zimno wskoczyliśmy razem do... łóżka?! Nie, nie, nie. Do pustego o tej porze pubu, w którym nawet największy amator mocnych alkoholi znalazłby coś nowego do spróbowania. Pierwszą kolejkę postawił on. Potem ja. A następnie... Kto by pamiętał?! To była moja szansa! Na spróbowanie jak właściwie smakuje absynt? Cóż, też! Jednak przede wszystkim na sprawdzenie, dlaczego Pan Pablo naciska hamulec, zamiast gaz. I go docisnęłam. Choć prawdopodobnie powinno być na odwrót.
Tamtej nocy w łóżku wiele się wydarzyło. Przy użyciu ust. Rozmowa, znaczy się. Chyba to coś na niebie to jednak była prawdziwa gwiazdka, bo wreszcie zobaczyłam całą tą sytuację w jasnym świetle. Pan Pablo był seryjnym... monogamistą. Byłam jego drugą kobietą. W życiu.
A więc traktował to bardziej serio, niż ja datę płacenia ZUS, godziny karmienia chomika i cellulit na moich udach. Naprawdę serio. Wszystko wskazywało więc na to, że nie jestem tanią błyskotką, którą wiesza się jednorazowo na choince . A drogim prezentem, który chce się odpakować dopiero we właściwym czasie i miejscu.
Pod choinką?
Właściwie taka postawa Pana Pablo mi zaimponowała. W świecie, w którym wszystko jest instant, ceni się umiejętność czekania. To przecież takie dorosłe! A że do Świąt zostało raptem kilka dni, postanowiłam i ja wykazać się dojrzałą postawą i cierpliwie zaczekać. Nie było to trudne. Miałam co robić. W przeciwieństwie do naszej relacji, moja codzienność wyglądała tak jakby ktoś włączył tryb przyspieszonego tempa. I tak właśnie nastał ten dzień.
Dzień przed Wigilią. Jedni wyjeżdżają gdzieś daleko w gości. Ja wjeżdżałam mopem w najbrudniejsze zakamarki, by przyjąć gości w moim mieszkaniu. Niektórzy publikują lukrowane życzenia w social mediach. Ja życzyłam sobie, by ktoś dołożył do doby choćby jedną dodatkową godzinę. A, byłabym zapomniała! Jeszcze jedno dodatkowe nakrycie na stole! Dla niespodziewanego gościa? Dla... Pana Pablo?
Bardziej, niż mrozu w grudniu, byłam pewna tego, że w końcu i on zawita w moich progach. Do tej pory to ja odwiedzałam jego mieszkanie. Martwiło mnie tylko, że przez zbyt długie poszukiwanie brytfanny na karpia w galarecie, jak co roku nie zdążyłam umyć okien. Tymczasem Pan Pablo zdążył mi już wysłać... życzenia świąteczne. I to trzykrotnie.
Zaraz, zaraz...
Musiałam je trzykrotnie przeczytać, by doszło do mnie, że to nie zaproszenie na spotkanie przy pierniku. A życzenia. Do tego takie bez polotu.
Co jest do choinki?!
Po co wysyła mi życzenia, skoro może mi je złożyć osobiście? Obok choinki. Zwłaszcza zaś pod jemiołą. Hmm... A może w przedświątecznej gonitwie zamiast do cioci i babci wysłał je do mnie? To by wyjaśniało brak polotu. I byłoby całkiem romantyczne, bo oznaczałoby, że stracił dla mnie głowę.
Mieszając zupę rybną z głowami karpia wirującymi w wywarze jak płatki śniegu na wietrze, uświadomiłam sobie, że zupełnie straciłam rachubę czasu! Właściwie była już Wigilia. A jedyne, co mi przychodziło do głowy to wykonanie telefonu, by upewnić się, czy zobaczymy się w Święta. Tak też zrobiłam. I wtedy właśnie straciłam wszelką nadzieję na randkę z Panem Pablo i Georgiem Michael'em śpiewającym dla nas w tle. Pan Pablo stwierdził, że w zupełności nie zakładał naszego spotkania. Dlaczego? W końcu Święta to czas, który spędzamy z bliskimi.
Achaaa...
Tej nocy na zachmurzonym niebie nie migotała żadna gwiazda. Ze smutkiem spojrzałam więc na migoczące światełka choinki. Jakby szukając tam odrobiny ciepła. A potem pod choinkę. Wśród góry prezentów leżał tam też niewielki pakunek o wielkim znaczeniu, który przygotowałam dla Pana Pablo. Czyżbym w tej grudniowej gonitwie to ja straciła czujność? Źle odczytywała jego sygnały? A może chciałam zbyt wiele? I zbyt szybko?
Cóż...
Nie pragnęłam śpiewania kolęd z tarasu dubajskiego wieżowca. Ani makowca sygnowanego nazwiskiem znanej restauratorki. Nie chciałam też modnej torebki, złotych kolczyków, drogich perfum. Choć otrzymując cokolwiek z tej listy, nie wyrzuciłabym do kosza. Marzyłam by pod tą choinką znaleźć mężczyznę. Nie chłopca, który nie wie czego i kogo chce... Tymczasem im bardziej zdrapywałam z Pana Pablo lukier tym bardziej czułam, że pod tą grubą warstwą cukru kryje się... zakalec?
Drugiego dnia Świąt Bożego Narodzenia Pan Pablo zaprosił mnie na randkę. Otrzymał też mój prezent. Bardzo wyjątkową czekoladę. Ale Pan Pablo jej nie skonsumował. Tak jak i mnie.
A więc to jeden z tych, którzy wolą mieć ciastka prezenty. Niż je zjeść rozpakować. Tylko... prezenty po to właśnie są! By je używać. I się nimi cieszyć. Owszem. Zapakowany prezent pięknie wygląda. Jest obietnicą czegoś niezwykłego. Tymczasem rozpakowanie prezentu wymaga pewnego trudu. I grozi rozczarowaniem. Czyżby tego właśnie się bał wchodząc w relację ze mną? Czy mnie również czeka los prezentu?
Ja zdecydowanie czułam ukłucie igłą rozczarowania. A jednak z nadzieją patrzyłam nadchodzący czas. Nawdychałam się choinki? Przejadłam się keksem? Czyżby to malinowy grzaniec i marnej jakości świąteczna ramówka w telewizji? A może to magia świąt, która sprawia, że nagle w żołądku robi się dodatkowe miejsce na jeszcze jeden kawałek serniczka. A w sercu na tego kogoś, kto z pewnością tam jest jak gwiazda na niebie, którą tylko przez moment przysłoniły chmury.
Aurora

Hm... czyżby Pablo był tzw. Starym kawalerem, którego już nic nie zmien ;) hahaha
OdpowiedzUsuń