Mieć ciastko i zjeść ciastko

W nowy rok weszłam z przytupem - bez odcisków na stopach i bólu głowy. Bez kaca, znaczy się. Za to z trzema konkretnymi postanowieniami i jednym facetem, który nie tylko wie, czym jest różnica między „brwiami” a „rzęsami”, ale jeszcze zaprasza na serniczek. Mmm... Czy to znak, że wygrałam na loterii życia i jestem jedną z wybranych, której  wszechświat pozwala mieć ciastko i zjeść ciastko? 


Oby.

Tak więc, gdy większość mieszkańców globu w styczniu spala na siłowni dziesiątki zjedzonych w ostatnim ćwierćwieczu ciastek, ja ciastka ochoczo wcinałam. Innymi słowy, randkowałam z Panem Pablo. Nie, żebym aż tak leciała na węglowodany proste. Po prostu lubiłam z nim rozmawiać. Nie trzeba go było ciągnąć za język. Używał go nader sprawnie. Tworzył zdania wielokrotnie złożone. Miał poczucie humoru. A to już coś! Przede wszystkim był też mnie ciekaw. Zadawał pytania! I to wcale nie o technologię produkcji W-Ztki. Pytania ważne i poważne (nie żeby produkcja W-Ztki była mało istotna). W eksplorowaniu mojej osoby był śmiały jak nowicjusz na siłowni, który dźwiga nadmierne kilogramy, bo jeszcze nie wie jakie zakwasy czekają go nazajutrz. Tak oto między tartą czekoladową, a sernikiem mango zdążyliśmy omówić preferowane imiona potencjalnych dzieci obu płci. Ustalić wyższość kota nad psem. Rosołu nad pomidorową. Przypieczętować równość płci i pełnionych obowiązków w związku. Choć sami w związku nie byliśmy.

Hmm...

Co prawda, Pan Pablo nigdy publicznie nie złapał mnie za rękę, ale często ze sobą spacerowaliśmy. I łapał swoją ręką inne części mojego ciała. Choć nie widywaliśmy się codziennie, byliśmy w stałym kontakcie od rana do wieczora. Nie poznałam jego znajomych, ale przedstawił mnie szerokiemu gronu w swojej pracy. Nie mieszkaliśmy razem, lecz ochoczo wtajemniczał mnie w kwestie poszukiwania nowego lokum. I zapewniał, że to nie będzie kawalerka. Mimo, iż nie przedstawił mnie też rodzinie, zaprosił na swoje urodziny. Ciastek nie brakowało.

A więc czego

A no, deklaracji. Tak jak ciastko parzone z kremem nazywamy ptysiem, a kilka warstw okrągłego biszkoptu przełożonego śmietaną - tortem, tak relacja dwojga ludzi też potrzebuje być odpowiednio określona. Nie chciałam jednak przyspieszać faktów. Relacja, by przeistoczyć się w związek potrzebuje czasu, jak placek jabłkowy, który wyciągnięty zbyt pochopnie z piekarnika stanie się zakalcem. Prawdopodobnie, gdy Bóg rozdawał cierpliwość byłam jedną z nielicznych w kolejce, bo mam jej naprawdę spore zasoby. Czekałam zatem ze spokojem, bo ta znajomość rozwijała się lepiej niż moje mięśnie po dwóch tygodniach podnoszenia hantli.

Hmm... 

Ciekawe. Wedle statystyk również po dwóch tygodniach stycznia drastycznie spada frekwencja na siłowni... Aż 75% z tych, którzy pokusili się o kupno zapasu białkowej odżywki, legginsów w grudniowej promocji i karnetu, z dnia na dzień pęka. Rezygnuje, znaczy się. Z czego wynika ta nagła zmiana? Czy przestali lubić pot i jęczenie? Nie lubią długotrwałych zobowiązań? Nie widzieli rozwoju sytuacji?

Zabawne. Dokładnie po dwóch tygodniach Nowego Roku zadawałam sobie dokładnie te same pytania! Co w tym zabawnego? Cóż, moja noga nie postała na siłownianym gumolicie od 2012. A więc czego dotyczyły te pytania? Raczej kogo. Pana Pablo? Owszem, chodził na siłownię. I Coś pękło. Nie były to jego spodnie dresowe podczas robienia przysiadu. Ani guma oporowa. Coś pękło między nami. I to też nie była guma. 

Eh...

Tamtego dnia, mimo mrozu i śniegu odstrzeliłam się na gorącą laskę. Trochę na przekór pogodzie, a z godnie z oczekiwaniami jak może potoczyć się ta randka. I relacja. Jak zwykle spotkaliśmy się w kawiarni. Ku mojej uciesze Pan Pablo tak samo uwielbiał słodki smaki jak ja. Jednak tym razem nie jedliśmy żadnego ciastka. Choć przydałoby się, bo usłyszałam bardzo gorzkie słowa. Z trudem przełykałam nawet herbatę, która miała wyjątkowo słony smak. Pomyliłam cukier z solą? Ach, to były... łzy. 

Pan Pablo zamiast komplementów w moim kierunku, zaczął wyliczać swoje... wątpliwości, co do nas.

Nie żeby wątpliwości na początku nowej znajomości były czymś złym. Przeciwnie, są jak odrobina goryczki w zbyt słodkim cieście, która ratuje go przed tym, by było mdłe. Poza tym, na wszystkie ciastka świata, w końcu wchodzi się w bliską relację z kimś, kto jeszcze chwilę temu był zupełnie obcy! Szaleństwem byłoby całkowicie zaufać i wprowadzić się do kogoś po 2 tygodniach znajomości. A i takie rzeczy w przyrodzie zachodzą. Co więcej, w większości tego typu przypadków, nie znajdujemy nazwisk tych śmiałków następnego dnia w dziale "nekrologi" czy rubryce kryminalnej. 

Mimo wszystko, uparcie będę podkreślać, iż wątpliwości  są objawami posiadania zdrowego rozsądku. A nawet pokusiłabym się o stwierdzenie, że świadczą o czyjejś dojrzałości. Zwłaszcza, jeśli ktoś potrafi o nich rozmawiać. Ba, o nich trzeba rozmawiać! Hmm... chyba, że spada ich cała lawina. Ta dobywająca się z ust Pana Pablo całkowicie przysypała moją pewność, co do tego nie tylko jak potoczy się ta randka. Ale i nasza dalsza znajomość. Rozumiem, gdyby facet znalazł w moim telefonie kolekcję cudzych kiełbasek. Albo w torebce biały proszek nie będący cukrem. Lub chociażby odkrył, że pod osłoną nocy objadam się glutenem, choć odgrażałam się, że jest dla mnie fe. Rety! Przecież ten facet  widział mnie nawet bez makijażu! Gdyby tylko martwił się, że jestem jedną z tych chłodnych lafirynd, która woli towarzystwo chomika i roślin od ludzi... 

Tymczasem Pan Pablo pod miesiącu umawiania się ze mną, martwił się, że... szybko się mną znudzi. Auć. Jestem aż tak nudna? A może on kulturalnie mnie ostrzegał przed samym sobą?

Jego wątpliwości było tak dużo i były wypowiadane w taki sposób, nadto niektóre były tak absurdalne, że miałam wrażenie, graniczące z zupełną pewnością, iż ten mężczyzna chce mi tak naprawdę powiedzieć jedno - to koniec

Nie rozumiałam tylko, dlaczego na koniec randki, która miała miejsce w moim samochodzie przypominającym bardziej ludzką zamrażarkę, Pan Pablo wypuszczał z siebie lawinę... łez. Zapewniając przy tym, łamiącym się głosem, że nie chce mnie stracić.

Nie znam się aż tak na męskim pojmowaniu świata. Będąc jednak branżową ekspertką od słodkości, doszłam do wniosku, że Pan Pablo chce mieć ciastko i zjeść ciastko. Wiecie, to samo ciastko. Mnie

Tylko czy tak właściwie można mieć ciastko i zjeść ciastko? I z czym to się je? Cóż, chętnie odpowiem na to pytanie. Mam w tym spore doświadczenie, a konkretnie kilka kolejnych randek z Panem Pablo. Po tym, jak zgodziłam się mimo wszystko kontynuować tą znajomość. Bez obaw. Nie będzie to długa opowieść, bo wszystkie pozostałe spotkania wyglądały tak samo. I kończyły się tak samo. Łzami. Jego wątpliwości nie ustępowały. 

Pomimo upływu dni, zdawało się, że my wciąż stoimy w tym samym miejscu. By nie powiedzieć martwym punkcie. Pan Pablo nie potrafił się określić - co czuje i czego chce. Cóż, z pomocą takim osobnikom przychodzi nowoczesna machina marketingowa zwana... Walentynkami! 

Choć wszystkim wydaje się, że święto to zostało wymyślone dla zwiększenia zysków ze sprzedaży czekolady i seksownej bielizny, prawda jest taka, że zostało ustanowione specjalnie dla mężczyzn. Właściwie pewnego gatunku mężczyzn. Takich, którzy potrafią o wszystkim opowiadać ciekawie, długo i intensywnie, tylko nie o własnych uczuciach. I to takich wobec kobiety. Takich, na przykład, na literę M. Owszem, znacznie bezpieczniej, łatwiej i wygodniej jest po prostu wręczyć wybrance kartkę z wierszowanym wyznaniem. Albo ciastko w wiadomym kształcie. Lub chociaż kawę, na której barista wyczarował coś równie ckliwego.

I właśnie 14 lutego w końcu zyskałam całkowitą pewność. Wiedziałam już, co czuje do mnie Pan Pablo. Nic. Bo nic od niego nie otrzymałam. Prezent? Kwiaty? Zaproszenie na ciastko? Phi. Liczyłam chociaż na miłego sms-a z rana. Przeliczyłam się. Nie tylko z walentynkowymi oczekiwaniami. Ale z całą tą znajomością. Pan Pablo nie czuł nic, bo nie mógł poczuć. By coś poczuć, musiałby nie mieć, a zjeść ciastko. Tymczasem on mnie tylko polizał. I skubnął

Osoby, które panicznie boją się przytyć, nie jedzą ciastek. Wiadomo. A Pan Pablo? Czego się tak obawiał? Dokładnie tego samego. Nie, nie lukru i glutenu. Konsekwencji. Cóż, konsumpcja drugiego człowieka to już nie 400 kalorii za 20 zł, tylko pełen pakiet - tysiące emocji, bezcennych wspomnień, ale też zobowiązań i... ewentualnych rozczarowań. A te – najwyraźniej – dla Pana Pablo ważyły tyle, co kontener z żeliwem. 

Spokojnie. Dam mu poćwiczyć. Na siłowni? Pewnie też. Ale przede wszystkim - z innymi kobietami.
Niech nabiera formy, zanim znów spróbuje udźwignąć coś więcej niż własne ego. Tymczasem ja odpuszczam. Pozostając w tej relacji ani nie zjadłabym ciastka, ani nie miałabym ciastka. Bo ta relacja polegała na ciągłym czekaniu. Tymczasem nawet domorosły cukiernik wie, iż zbyt długie przetrzymywanie ciasta w piecu, w oczekiwaniu aż „idealnie się zarumieni”, można skutkować tym, że się... spali. Ta relacja ewidentnie spaliła na panewce. A ja, naiwna, myślałam, że jedyne płomienie, jakie się tu pojawią, to te od dzikiej namiętności.

Cóż - najwidoczniej w miłości, jak w kuchni - trzeba się czasem porządnie ubrudzić, a nawet zdrowo sparzyć, żeby w końcu wyszło coś naprawdę spektakularnego. Coś, co nasyci oko, brzuch i serce

Aurora


Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Bardzo długa gra wstępna

Przepis na CIACHO idealne