Konkretna babka
Była gorąca, wilgotna i rumiana. Właśnie dochodziła. Babka. Ja? Hmm... Co najwyżej do pewnych wniosków. Na przykład, że pora wyjąć ją z pieca. Klasyczną babkę cytrynową, której resztki ochoczo wylizywałam z miski. Zaraz dołączy do ciacha obok. To stygło już od jakiegoś czasu. Było zimne i jakieś takie niemrawe. Pan Pablo?
Cóż...
Ma się rozumieć, te jakże wybitnie konkretne wyznanie, którego swą głębią i wyrazistością mogłoby konkurować ze słynnym szekspirowskim "być albo nie być", musi być następnie podparte równie konkretnymi czynami. Hmm... Może tego właśnie tak bardzo wystraszył się Pan Pablo? Że nie ma tych wszystkich zasobów, które by mu umożliwiły bycie ze mną? W końcu byłam konkretną babką. Znaczy, miałam swoje oczekiwania. Ba, nadto swój wiek. Szybki ślub? Wspólne mieszkanie? Do tego w pakiecie kredycik? Gdzieś pomiędzy ciąża? I to najlepiej bliźniacza. Jak konkret to konkret! Co prawda, nieco trudności, a właściwie hałasu będzie z dwójką bobasów podczas wylotu na Zanzibar. Ale podróż poślubna to podróż poślubna. I coś trzeba pokazać na Instagramie. Cóż...
Owszem, doskonale wiem czego chcę. I równie dobrze wiem, czego na pewno nie chcę. To dlatego zakupy ze mną w galerii handlowej trwają wyjątkowo krótko. A byłyby jeszcze krótsze, gdyby sezonowe wyprzedaże zdarzały się częściej. A mój portfel był grubszy. Właściwie rzadko nawet mierzę ubranie przed zakupem. Nie dlatego, że mam lęk przed przymierzalnią. Ani że wyobrażam sobie, kto wcześniej macał tę sukienkę i jak bardzo się przy tym pocił. Zwyczajnie tak mocno wiem, co mi się podoba i co odpowiada, że podejmuję ryzyko.
Dokładnie tego same oczekiwałam ze strony mężczyzny. I niczego spoza wymienionych (wątpliwej jakości) atrakcji wymienionych w poprzednim akapicie. No, może ewentualnie ten Zanzibar... Tu byłabym skłonna do negocjacji. Ale tylko w wersji all inclusive! All inclusive w wersji emocjonalnej, ma się rozumieć. Konkrety. „Kiedy się widzimy?” zamiast: „Co u ciebie?” po trzech tygodniach ciszy. "Jak mogę ci pomóc" zamiast "dasz radę", gdy zmagam się z czymś, co wymaga pomocnej dłoni. Bo "chcę ciebie" to znaczy: chcę ciebie znów zobaczyć, poznać, mieć obok - w łóżku, w codzienności, w moim życiu.
Zabawne, gdy para wyjeżdża na wakacje all inclusive i na stole ma do wyboru najróżniejsze piprysy, mężczyzna na obiad i tak wybiera największy konkret - kawał mięsa i ziemniaki (frytki to nadal ziemniaki!). Tymczasem w relacji z kobietą jest odwrotnie.
A Pan Pablo?
Jeśli Pan Pablo chciał zmartwychwstania naszej znajomości to właśnie Wielkanoc stanowiła ku temu idealną sposobność. W końcu w dawnych czasach w Śmigus Dyngus panowie oblewali wodą te kobiety, które sobie wybierali - jako wyraz sympatii, nieco bardziej intensywnej adoracji, a czasem nawet zalotów na serio. Tak się zaś zgrabnie składało, że nastał ów dzień. I rzeczywiście - czekał mnie ze strony Pana Pablo kubeł zimnej wody. Nie taki jakiego można by się było spodziewać...
Pan Pablo dawał konkretne sygnały, że nadal jest zainteresowany. Tamtego dnia również od rana zagadywał. A w związku z tym, że nadal z nikim nie byłam w związku i miałam wolny dzień to ja zagadałam. Jednak tak konkretnie - o spotkanie przy kawie. Zareagował tak jakbym chciała mu do niej dosypać arszeniku. Konkretnie, oznajmił, że taką propozycją wbijam mu szpilę. A on pije właśnie kawę z rodzicami. Z tymi samymi, z którymi widywał się co drugi dzień. Byłabym zapomniała, dopisał, że w ten sposób go cisnę (a nie jest tak, że to mężczyzna winien być raczej w roli cisnącego...?). Cokolwiek miałoby to znaczyć. Dla mnie znaczyło to jedno - Pan Pablo nie dostanie ode mnie pisanki. Dziś i nigdy więcej.
Brrr... Przeszedł mnie dreszcz. A, to ciarki żenady! Byłam z lekka zażenowana tym, że w ogóle umawiałam się z kimś, kto nie potrafi znaleźć czasu na zwykłą kawę. I w wolny dzień. I to nie mając żadnych innych zobowiązań. Pardon, czas miał. Nie miał czego innego. Jaj. Czyżby włożył je do koszyczka wielkanocnego i zapomniał wstawić na właściwe miejsce? Nie wiem... Tak jak on nadal nie wiedział czego chce. Kogo chce. Po co w takim razie właściwie pisał?! Nadal robił sobie jaja. Ze mnie? Raczej z samego siebie. Konkretnie, kastrował się mentalnie. Ups.
Tej Wielkanocy nie odbyło się zmartwychwstanie. Ale objawienie! Pan Pablo chyba bardziej konkretnie nie mógł mi pokazać, że nie chce. Nie chce siedzieć ze mną przy stole, a ja trzymałam mu miejsce od Wigilii. Wreszcie zobaczyłam tą scenę dość wyraźnie. Dramat jednego aktora mężczyzny, który daje sobie czas na nieskończone próby generalne. "Być (z nią) albo nie być (z nią). To już nie był Hamlet. I zdecydowanie to był czas na „chcę ciebie – albo zjeżdżaj z mojej sceny”. Ile razy można oglądać ten sam dramat, jeśli nie ma w nim happy endu?
A jednak ta cała historia ma swoje szczęśliwe zakończenie. Otóż, w moim wielkanocnym koszyczku oprócz konkretów, znaczy kiełbasy twarogu i jaj, znalazłam mały prezent od Pana Pablo. Podarował mi pewność tego, że pora ruszyć dalej. Do stołu, do którego to nie ja muszę kogoś skusić. Tylko czeka zastawiony na mój przyjazd. Hmm... ciekawe. Niebawem majówka! Od kogo i skąd przyjdzie zaproszenie? Jeszcze nie jestem pewna, ale już czuję w powietrzu zapach, który mi podpowiada, że to będzie prawdziwa uczta.
Aurora
Komentarze
Prześlij komentarz