Przepis na CIACHO idealne

W dzieciństwie pisało się listy do św. Mikołaja. Gdy na twarzy zaczęły wyskakiwać pryszcze, a na nogach i pod pachami włosy, zastąpiły je listy marzeń lub miejsc do zwiedzenia. Kilka lat później, gdy w moim życiu niespodziewanie wyskoczyło coś znacznie gorszego, jak praca i rachunki, na stałe pojawiły się listy zakupów i spraw do załatwienia. Gdzieś pomiędzy nimi wszystkimi zapałętała się jeszcze jedna szczególna lista. Lista cech idealnego mężczyzny.

Pamiętam dokładnie - pracowałam wtedy w szkole, a właściwie próbowałam przekonać usilnie dyrekcję tejże placówki, że tak właśnie jest. Byłam aż nadto beztroską singielką, która zafascynowana przepisami Nigelli Lawson, codziennie gotowała coś innego na obiad. Nie wiedząc jeszcze, że przyjdzie czas, gdy żywić będzie się głównie kurczakiem z patelni. I marchewką. Nadto, nie mając nic ważniejszego do roboty uprawiała codziennie jogging. A jeszcze chętniej chodziła. Na randki. Szybko zorientowałam się, że podobnie jak dania z książek brytyjskiej bogini kulinariów, tak też nie każde ciacho mi smakuje. Mężczyźni, znaczy się. Jak poruszać się w gąszczu brunetów, maminsynków, blondynów, bawidamków, rudzielców i pospolitych poparańców? Po czym poznać pana właściwego? Trzeba wiedzieć kogo się chce. I właśnie tak powstała ta lista

Pamiętam dokładnie - otwarłam mój pamiętnik, wzięłam trzy głębokie oddechy i na jednym wydechu spisałam 15 cech określających męski ideał. Jakie kryteria powinien spełniać mężczyzna, któremu oddam ciało, serce i połowę szafy?  Byłam dokładna. I konkretna. Tylko najistotniejsze atrybuty. Nie czepiałam się szczegółów. I centymetrów. 

Hm... a może trzeba było? 

Mój były mąż spełniał niemal wszystkie wyznaczone przeze mnie kryteria. Ideał? 

Cóż... 

Fakt, że przy słowie "mąż" stoi określenie "były" stanowczo temu przeczy. 

Co poszło nie tak?

Może wizualizowałam w złej pozycji? Manifestowałam nie o tej porze dnia, co trzeba? Użyłam jednego niewłaściwego słowa, które zadziałało jak złe zaklęcie? I zamiast czarodziejką, stałam się pospolitą roszczeniową czarownicą? A może...

 ...może niektóre przepisy tylko w teorii dają smakowite dania? Prawda jest taka, że z samego patrzenia na listę składników i przepis nigdy nie dowiemy się czy coś nam będzie naprawdę smakować. 

Jestem bardziej, niż pewna, że w oczach wielu mój eks uchodził (ba, do dziś tak jest!) za wzór rodzaju męskiego. Wielbiciel maratonów. Bez nałogów. Za to z pracą. Całkiem dobrze płatną. Być może dlatego, że zajmował całkiem wysoki stołek. Właściciel dobytku zwanego drogim samochodem i nowym domem. 

A jednak dziwnym trafem właśnie za jego sprawą dowiedziałam się, że istnieje jeszcze jedna nader istotna lista, którą przeoczyłam. Lista cech niepożądanych. I prawdopodobnie właśnie za tą wiedzę będę mu dozgonnie wdzięczna.

Żeby była jasność, na liście nie znalazły się: porozrzucane w artystycznym nieładzie skarpetki, podniesiona majestatycznie klapa ubikacji czy też barytonowe chrapanie, gdy ty od pięciu godzin i dwudziestu minut próbujesz się skupić na zaśnięciu. 

Mało tego, lista nie dotyczyła też notorycznego zapominania daty naszej pierwszej randki. Ani tego, że zamiast trzech, usłyszałaś tylko dwa komplementy. Na dzień (ma się rozumieć). I to dość wyświechtane. Przyznacie jednak, że posiadanie ukrytych (!) "koleżanek"(?) jest już dość niepokojące.

I właśnie z tym bogatym doświadczeniem oraz tak solidną wiedzą, to znaczy listą cech, które są mile widziane, a także tą drugą, wytyczającą moje nieprzekraczalne granice, wkroczyłam ponownie na rynek matrymonialny. Z jakim skutkiem? Cóż, skoro czytasz tego bloga, wiesz, że wyszło mi to mniej więcej tak jakbym z marszu weszła na salę treningową i postanowiła wykonać szpagat. 

Auć!

Monopolu na ekspertkę od spraw miłosnych raczej nie dostanę... I przepisu na ciacho idealne nadal nie opatentowałam. Co prawda, zjadłam kilka całkiem apetycznych ciach. Jednak żadnego nie dojadłam do końca. I niemal po każdym miałam lekką zgagę. Czyżby ideał... nie istniał? 

Najpierw przyjrzyjmy się poszczególnym przypadkom. Wbrew temu, jakie można byłoby odnieść wrażenie po pobieżnej lekturze moich felietonów, nie trafiłam wcale na beznadziejne okazy. Owszem, trafił się jeden narcyz. Kilku nudziarzy. U kolejnego zdiagnozowałam niegroźną paranoję... Ale wynika to raczej z rachunku prawdopodobieństwa. Innymi słowy, spotkałam się z naprawdę sporą liczbą panów. W gruncie rzeczy, miałam do czynienia z mężczyznami prezentującymi całkiem wysoki poziom kultury osobistej, inteligencji oraz ambicji. Ci, z którymi nie tylko wypiłam kawę, ale zjadłam kolację, a potem śniadanie, mieli w sobie coś, co mnie ujęło. Na tyle, że potrafiłam w nich zobaczyć materiał na chłopaka (pardon, zapomniałam, że od 20 lat nie chodzę już do liceum) życiowego partnera.

Jeden potrafił mnie rozbawić, parodiując polityków, aktorów i sportowców. Drugi świetnie gotował i parzył jeszcze lepszą kawę. Kolejny posiadał ciekawy biznes i pasję, z której mogłam czerpać. Następny wyrzeźbiony sześciopak na brzuchu i spojrzenie wlepione we mnie jakbym była dziełem renesansowego artysty. Piąty... no cóż, piąty przynajmniej nie był psychopatą. Zawsze coś.

I gdyby tak zebrać tych wszystkich, z którymi byłam na chwilę, na nieco dłużej i na dobre-nigdy-więcej, a następnie poskładać w jedno, wyszedłby z tego... całkiem niezły egzemplarz.

Ideał! 

A może mój prywatny... Frankenstein?

Doprawdy, im dłużej wpatrywałam się w ten obraz stworzony w mojej głowie, tym bardziej czułam jak włos jeży mi się na łydce. Przeraziłam się. Taki facet byłby straaasznie... nudny!

Też ziewacie? Uwaga, nadchodzi plot twist! Bo robiąc wiwisekcję ciachom, przyglądając im się z lewa, prawa i od środka, zapomniałam popatrzeć... w lustro! 

A tam... czarownica? Ach, to tylko ja z nieumytymi włosami, opuchniętymi oczami i wymiętą piżamą. Właściwie to koszulką kupioną w sieciówce na wyprzedaży. Czy ja jestem ideałem? Cóż... To zależy: od dnia cyklu, ilości przespanych godzin oraz zjedzonych węglowodanów prostych, powtórzeń brzuszków i wielu innych czynników tworzących skomplikowany wzór na konstelację psychiki i ciała kobiety. Do wyglądu modelki nadal brakuje mi jakieś 35 centymetrów. Nawet w szpilkach nie nadrobię. Eh, młodsza też już nie będę. Dziewczyną Leonardo di Caprio już nie zostanę. Ufff... Jak dobrze! Bo choć ja jego ideałem nie jestem, on moim z całą pewnością też.

Bo właściwie to... ideałów nie ma. Są tylko ludzie idealnie stworzeni dla siebie. Nawet najbardziej obłędny sernik baskijski nie będzie smakował komuś, kto gardzi nabiałem. A rozkosznie rozpływające się brownie osobie, która nie trawi czekolady. Zajęło mi to naprawdę dużo wypitych kaw, nieprzespanych nocy, wylanych łez i rozmów z Chatem GPT, a przede wszystkim zjedzonych ciach, by zrozumieć, że zamiast tworzyć kolejne listy cech idealnego faceta, znacznie lepiej jest skupić się na czymś zgoła innym. Odkryciu i zrozumieniu swoich potrzeb. I spotkaniu kogoś, kto ma podobne. 

Mój mąż stał się eksem nie dlatego, że przestał spełniać warunki z mojej listy. Ani dlatego, że ja drastycznie je zmieniłam. Bo takie miałam widzi-mi-się. A właśnie dlatego, że nasze potrzeby i pragnienia rozmywały się jak napis na nazbyt tanim T-shircie sprowadzonym z drugiego końca świata.

Owszem, trzeba wiedzieć kogo i czego się szuka. Co tu dużo pisać, trudno byłoby mi się odnaleźć przy kimś, kto od rana do wieczora słucha, a co gorsza śpiewa Zenka Martyniuka. Ale znacznie ważniejsze jest stworzenie listy tego jak chciałabym się czuć przy kimś, kogo uznaję za swojego życiowego partnera. 

Jak księżniczka? Phi. Wolę kryminały, niż bajki. Ale zdecydowanie lubię czytać te kryminały, niż być ich uczestniczką. W związku nie chcę dostarczać sobie nagłych skoków adrenaliny. Chcę czuć się bezpiecznie. A to oznacza, że potrzebuję faceta... który ma kota, który polubi mojego chomika?  Też. Ale najważniejsze, że jest emocjonalnie obecny. Mężczyzna, nie kot. Który nie boi się uczuć, nie trzyma ich w zamrożeniu jak pierogów na święta. Który umie powiedzieć, co czuje, i chce się zaangażować – tak prawdziwie, a nie tylko na czas między poniedziałkiem a środą.  Innymi słowy, szukam nie ideału, a żywego człowieka. I kogoś, kogo będę mogła nazwać nie tylko moim facetem, ale też najlepszym przyjacielem. Kogoś, kogo nie tylko będę pożądać, kochać, ale też zwyczajnie lubić. Takiego jakim jest. Bez konieczności robienia mu przepisów, jak ma się zmienić i co ma zmienić.

Ojej! 

Zrobiło się późno! A ja muszę wyjąć ciacho z piekarnika. I sprawdzić czy wszystko, co było na mojej liście, już spakowałam. Jutro o świcie wyruszam w długą podróż. W poszukiwaniu ideału? 

Nie!
Przygody? Romansu? Miłości? 

Tego jeszcze nie wiem. Z całą pewnością przepisu na ciacho idealne już nie szukam. Ale na związek nadal tak. I tu - o dziwo! - jest podobnie jak w przypadku ciasta. Potrzeba naprawdę kilku podstawowych składników. I jeśli one są obecne, można poczuć się tak bezpiecznie, że pozwalam tej drugiej osobie dodać do tego ciasta wszelkie składniki na jakie ma ochotę. Bo chętnie przekroczę swoje utarte schematy. I skosztuję czegoś nowego

W końcu nie można wciąż posługiwać się tym samym przepisem, oczekując, że ciasto będzie smakować inaczej. Dlatego wbrew wieloletniej tradycji ja w tym roku na Majówkę obrałam kierunek morze.

I coś czuję, że to będzie skok na głęboką wodę... 

Aurora

Komentarze

  1. Niby ideału nie ma, a ja sądzę, ze ten felieton jest idealnie napisany! 😄😄

    OdpowiedzUsuń
  2. A czy z listy cech niepożądanych napisałaś, że Ciebie trzeba utrzymywać?

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Bardzo długa gra wstępna

Mieć ciastko i zjeść ciastko