Bardzo długa gra wstępna
Przeważnie 3-7 minut. Tak mówią oficjalne dane. Właśnie tyle powinien wynosić czas oczekiwania na posiłek w najpopularniejszej restauracji szybkiej obsługi. Znaczy, na burgera pod złotymi łukami. Dokładnie tyle, żeby ledwo przewinąć feed na Instagramie. Albo zaciągnąć kogoś do łóżka.
Zaraz, zaraz przecież dwa razy tyle (co najmniej!) powinna trwać sama gra wstępna! Dwie dekady temu zapewne i tak. A dziś? Też macie wrażenie, że jesteśmy pionkami w grze jakiego popaprańca, który nawdychał się proszków pobudzających, zapijając to potrójnym espresso?
Wszystko dzieje się baaardzo szybko. Założenie aplikacji randkowej? Dłużej myję zęby! Umówienie się z kimś na randkę? Phi, po jednej minecie, tfu! - minucie mam już tuzin chętnych. Wymiana płynów ustrojowych często następuje jeszcze przed wymianą telefonów. Ale do tego często nie dochodzi, bo po pierwszym wspólnym dojściu ten ktoś... odchodzi.
Ba, jeden osobnik, który zamiast wyrachowanego uwodzenia, nazywanego w randkowej nowomodzie "love bombing", potrafi zwyczajnie być romantykiem? Kulturalnie o kobietę zawalczyć jakiś czas, zamiast ją bezczelnie wyrwać na jedną noc?
O! A jednak! Tamtego niepozornego dnia ktoś zostawił mi liścik. Czyżby to ten!?
Rzeczywiście! Dostałam niespodziewane zaproszenie! Pierwszy raz w życiu!
Zaproszenie na... komendę.
Niech to szlag! A coś mówiło mi, że to jedno wolne miejsce parkingowe tuż przy samym rynku miasta to zbyt podejrzana sprawa, by była prawdziwa. Podobnie jak liścik zostawiony za wycieraczką samochodu. To nie był mandat za przekroczenie piękności.
Tak oto popołudnie, zamiast przy stoliku restauracji, spędziłam przy biurku umundurowanego pana, któremu najwyraźniej nigdzie się nie spieszyło. Mi? Owszem! Następnego dnia o świcie miałam wyjechać na Majówkę. A nadal miałam puste walizki. Jeszcze bardziej spieszno mi było do finału jego wywodu. Po oględzinach zdjęć z monitoringu, ten przeszedł do przedstawienia menu, które boleśnie zgrzytało między moimi uszami. 15 punktów karnych? Czy może 500 zł mandatu? A może obie pozycje? Zamiast mi ulżyć, pan trzymał mnie w napięciu znacznie dłużej, niż przewidywały to standardy służb mundurowych.
Siedząc jak na szpilkach i przebierając nerwowo nogami, uśmiechałam się, słuchając od dobrych 40 minut o... jego rozwodzie? I samotnych wieczorach. A także zbliżającej się wizji wakacji w pojedynkę. Zaraz, zaraz czy ja jestem w ukrytej kamerze? Nie, nadal siedzę na komendzie. To dlaczego zamiast mandatu otrzymuję od tego pana wizytówkę z prywatnym numerem telefonu? I...
....zaproszenie na kawę?
A więc ten cały wywód był zwyczajną grą wstępną. Cóż, tamtego dnia straciłam sporo czasu. Ale za to ani złotówki! Czyżbym przyjęła jego zaproszenie? Nie straciłam resztek zdrowego rozsądku! Pan był miły, kulturalny i zdecydowanie znał się na staromodnych metodach podrywu. Zdecydowanie też lubił podjadać w pracy. Obstawiam, że pączki z dziurką i lukrem. No i do tego miał wąsa. Tego wąsa! Wąsa wujka, od którego niekoniecznie chcesz dostać buziaka urodzinowego. Poza tym... miałam już inne plany na Majówkę.
Dostałam zaproszenie na grilla. Phi, też mi pomysł. Nic nadzwyczajnego! Przecież 99% polskiego społeczeństwa może pochwalić się tego typu kreatywnością, gdy nadchodzi pierwszy lepszy długi weekend. A jednak... Podczas, gdy tamta reszta rodaków zabiera ze sobą pęto kiełbasy i zgrzewkę schłodzonego browara, ja zabierałam ze sobą klapki i walizkę pełną sukienek. I strój kąpielowy! Zamiast dumać nad tym czy lepsza będzie myśliwska czy śląska, ja zastanawiałam się czy do spania zabrać nadgryziony zębem czasu T-shirt czy nigdy nie używaną seksowną piżamkę kupioną na po-walentynkowej promocji. Czy to jest zaproszenie na grilla czy na kiełbaskę? Na szczęście miałam sporo czasu do namyślania. Jakieś 6 godzin. Bo na grilla miałam wpaść... na drugi koniec Polski. Nad morze.
Tak oto po tej bardzo długiej grze wstępnej, yyy... znaczy się - po tym wstępie możemy przejść do zasadniczej części felietonu. Do tego kto mnie zaprosił mnie na grilla.
Otóż, znajomy z pracy. Wiadomo, nie drałowałabym do nieznajomego 600 km! Chyba, że byłoby to George Clooney. Hm... By oddać hołd prawdzie, należałoby powiedzieć jednak, że był to znajomy ze współpracy. W końcu nie pracowaliśmy w jednym biurowcu. Ani jednej firmie. Mieliśmy za sobą kilka projektów, przy których działaliśmy marketingowo. Dziesiątki wymienionych służbowych maili. I równie sporo telefonów. Wystarczająco sporo, by wiedzieć, że ten znajomy mógłby być nie tylko znajomym. Tylko czy jest mną zainteresowany? W końcu mieliśmy z sobą kontakt od dłuuugich miesięcy. I ani razu nie otarliśmy się o flirt! Z drugiej strony, rozmawialiśmy ze sobą tak długo i w takich godzinach, że trudno było to jeszcze kwalifikować jako telefony służbowe. Być może był pracoholikiem. Mnie interesowało jednak, co innego - czy on w ogóle jest wolny? Cóż, mężczyzna z tak klasycznie męską aparycją. I w takim wieku A także z takim poziomem inteligencji oraz poczuciem humoru z całą pewnością jest już zajęty. Trwale. I nieodwołalnie.
Wolno ciągnęła się moja droga nad morze. Podczas, gdy reszta społeczeństwa odpalała grilla, ja na mojego czekałam w kilkumetrowej kolejce samochodów. A więc nie tylko ja wybierałam się na Majówkę nad Bałtyk. Z całą pewnością tylko jednak ja nie miałam nadal zarezerwowanego hotelu.
Cóż, miesiąc przed wyjazdem okazało się, że mój znajomy miał ten sam status matrymonialny, co ja. Nadal jednak był tylko znajomym. Bardzo apetycznym, ale jednak. Znajomym. Nie miałam nie tylko noclegu, ale też oczekiwań. Pamiętajmy jednak, że apetyt to, co innego, niż oczekiwania. A ja jechałam na grilla. Na szczęście, mój znajomy zapewnił mnie, że ma bardzo duży... metraż. Dom, znaczy się. Innymi słowy - mogłam przenocować w którymś z jego pokoi.
Miło z jego strony.
Miłe było to, że gdy na skraju odwodnienia, wygłodzenia i wyczerpania dotarłam wreszcie do jego miejscówki, czekała na mnie już szklanka zimnej wody z cytryną. I dużo jedzenia na grilla. I trzy butelki wina - nie był pewien czy wolę białe, różowe czy czerwone. Przede wszystkim jednak czekał na mnie plan. Na całą Majówkę.
Wow.
Byłam pod wrażeniem. Okazało się, że mój znajomy nie tylko zaprosił mnie na grilla. Ale na trzy dni zwiedzania Trójmiasta. To była Majówka allinclusive. Zapewnił mi nie tylko piękne widoki, ciekawostki historyczne, i nocleg, ale też śniadania, obiady i kolacje. Zanim przetarłam oczy, świeżo mielona kawa czekała już na mnie!
Ostatecznie ani stary T-shirt ani koronkowa piżamka nie były mi potrzebne. Tamtej Majówki było wyjątkowo gorąco. Mimo, że ostatecznie też nie rozpaliliśmy grilla. Cóż, powiedzmy, że nie było już na to przestrzeni. Plan był intensywny. Bez obaw. Mimo wszystko, skonsumowaliśmy co innego. Głodna od niego nie wyjechałam.
Ale... miałam apetyt na więcej! Czy to więcej nastąpi? Hmm... Grill nadal czekał na rozpałkę. Gofra też nie zjadłam. I weszłam do morza tylko do połowy łydki... Wreszcie skoro zostawiłam u niego szczoteczkę...
A więc te wszystkie miesiące. Rozmowy. A nawet maile - to była bardzo długa gra wstępna. Tylko czy to był wstęp do... romansu? Związku? Przyjaźni? Dalszej współpracy biznesowej?
Cóż...

Aż jestem ciekaw kontynuacji tego majowego spotkania, a już wrzesień nastał.. . Moim skromnym zdaniem niestety tu odległość stanowi barierę, choć....
OdpowiedzUsuńRodzice szczęśliwi jak czytają te głupoty?
OdpowiedzUsuń