Skok na głęboką wodę

Choć nie bardzo umiem w pływanie, wielokrotnie skakałam w życiu na głęboką wodę. A to pojechałam z 200 funtami w portfelu na studia do Londynu. I angielskim na poziomie tylko nieco wyższym, niż Kali. A to założyłam firmę ledwo wiedząc, co to takiego biznes plan. Nie bardzo kojarząc obsługę Excela. A to obejmując posadę katechetki z wydziaranym nadgarstkiem i paczką cienkich miętowych w kieszeni. 

Teraz jednak faktycznie brodziłam w głębokiej wodzie. Morzu. Konkretnie - Bałtyku.


Właściwie to weszłam tylko do połowy łydek, bo woda o tej porze roku była bardzo zimna. Nie przeszkadzało mi to w ogóle, bo atmosfera była bardzo gorąca. Nie, nie ta na zewnątrz. Ta między mną a moim znajomym, który przestał nim być w zeszłym felietonie. Znaczy miesiącu. Jeszcze nie wiedziałam jak go określić. Ani tym bardziej jak nazwać to, co zaistniało między wiosną a latem, między mną a nim. Niby dopiero się poznawaliśmy, a ja już dostałam własną szufladkę w jego domu. Z jednej strony znaliśmy się już prawie rok. Z drugiej randkowaliśmy dopiero od niespełna miesiąca.  

Randkowaliśmy

To, co uprawialiśmy trudno było zaszufladkować jako randki. 

Moje przygotowania do standardowej randki obejmowały golenie pach i łydek. Mycie oraz suszenie włosów. Zrobienie się na człowieka makijażu Założenie ciuchów z dolnej szufladki komody, w której to składowałam ubrania na specjalną okazję. Do torebki wrzucałam telefon, perfumetkę, błyszczyk i ruszałam. W przypadku spotkań z tym kawalerem nie zabierałam torebki. A walizkę. Nie goliłam się, a raczej golarkę zabierałam jako część niezbędnego ekwipunku. Tak jak i suszarkę. Prostownicę. Skarpetki. Piżam... a, to akurat nie koniecznie. W każdym razie wyglądało to nieco inaczej, niż moje dotychczasowe umawianie się z płcią przeciwną. 

Na standardową randkę ruszałam zwykle pół godziny wcześniej, tak by być o wyznaczonej godzinie na miejscu. Jeśli dotarłam zbyt szybko, siedziałam w aucie i robiłam szybki przegląd social mediów. Lub portali plotkarskich. W końcu to element randkowego savoir-vivre, by jako kobieta stawić się nieco później od absztyfikanta. W przypadku tych randek, musiałam wyjechać aż 5 i pół godziny wcześniej. Nie uwzględniając korków. Za to uwzględniwszy dwa postoje. Pierwszy, zatankowanie auta. Drugi na poprawę makijażu oraz i tak fatalnie prezentujących się włosów. 

Wreszcie, długość randki. Ta konwencjonalna trwała... cóż, chciałabym udzielić podręcznikowej odpowiedzi, z której wynikałoby, że randka - tak jak wyrośnięte ciasto - ma swoje ściśle określone parametry. Ale prawda jest taka, że: to zależy. Niektóre trwały krócej, niż wyczekanie na swoją kolej u dentysty (te mniej udane). Inne przeciągały się do kolejnego poranka (te bardziej udane)... Ale żadna z nich nie równała się z tymi nadmorskimi. Te trwały zwykle 4 do 5 dni... 

Dziwne?!

Spokojnie to dopiero początek. Te randki zasadniczo różniły się od wszystkich, które miałam w życiu nie tylko ze względu na czas i przestrzeń. Ale też samo sedno. Absztyfikanta, znaczy się.  

Z jednej strony, miałam przemożne wrażenie jakbym go znała od wielu, wielu lat. Może nie od urodzenia, bo ten na świat przyszedł 11 lat wcześniej ode mnie. I to na drugim krańcu Polski. Z drugiej zaś, stanowił dla mnie swego rodzaju nowinkę. Rzekłabym nawet, jedyny w swoim rodzaju przypadek. 

Co go czyniło tak wyjątkowym? Cóż, jak już wspomniałam, rzadko spotykałam się z kimś o tyle lat starszym. Ten jednak nie wyglądał w zupełności na swój wiek. A jeśli już jesteśmy przy aparycji... Gdybym zobaczyła jego facjatę na aplikacji randkowej, nie tylko przesunęłabym w prawo, ale poczyniłabym adnotację "mniam!". Czy tylko w moim? Domyślam się, że rosły brodacz bez brzucha piwnego, o ciemnych, lekko szpakowatych włosach z niebieskimi oczyma jest w typie wielu kobiet. To nie był słodki misio. Raczej... niedźwiedź

Chyba nie muszę wyjaśniać, że ktoś (ja) o nikłym wzroście (przypomnijmy: 150 dumnych centymetrów) czuje się nad wyraz dobrze przy takim osobniku. Bezpiecznie. Nie tylko z resztą z tytułu jego postury. 

Pan Niedźwiedź wiedział jak zadbać o kobietę. Nagle o wiele rzeczy nie musiałam się martwić. Okazało się, że jego majówkowa uprzejmość - śniadanie podane mi niemal do łóżka wraz z świeżo paloną kawą - nie były przynętą, ale raczej standardem. Bez obaw, nie wyławiałam z niej bursztynów, ani złotych pierścionków. A jeśli już przy złocie jesteśmy... 

Nie był wcale tak złotousty jak wszyscy pozostali absztyfikanci. Jak już wspomniałam w poprzednim felietonie, nie rozrzucał kwiecistych komplementów. Nie zasypywał lawiną okrągłych słów i obietnic.  I  to... mi się spodobało. Czyżbym była przejedzona komplementami? Hm... nie! Tych nigdy dość!!! Ale on odmierzał mi dawki cukru jak fachowy cukiernik, a nie jarmarczny sprzedawca waty cukrowej. Przez kolejne miesiące obserwowałam zamiast słów, coś znacznie ważniejszego - czyny. Pan Niedźwiedź zabiegał o kolejne spotkania. A między nimi pisał i dzwonił. Pomagał w realizacji moich pasji. Zaplanował moje urodziny. Odwiedził moje rodzinne strony. Zamiast tylko mówić, faktycznie robił. To było wciągające bardziej, niż kubełek lodów Häagen-Dazs. Dlatego pozwoliłam sobie zanurkować po całości. W kubełku lodów?

W głębokiej wodzie.

Właśnie tak bym określiła te randki. Każda moja podróż była jak wyprawa do innego uniwersum. Wystarczyło kilka godzin jazdy i tak oto z singielki przeistaczałam się w... partnerkę? Eh... zawsze mam problem językowy, jeśli chodzi o nazewnictwo osób randkujących w tym wieku! W tym wieku określenie "chłopak" i "dziewczyna" brzmi nie tyle niepoważnie, co wręcz niedorzecznie. Oboje z Panem Niedźwiedziem byliśmy już na tym etapie życia, w którym radość sprawia znalezienie promocji na płyn do naczyń w dyskoncie. Koszenie trawy. Albo umycie lodówki na błysk. Wiecie...

Nic dziwnego, że podczas naszych randek częściej, niż oglądać Netflix, robiliśmy zakupy, gotowaliśmy obiad, wieszaliśmy pranie, zmywaliśmy naczynia. Oczywiście, nie tylko! Nie pozwalała na to potężna chemia między nami, która raz po raz utrudniała skupienie się na tych wszystkich pracach domowych. Ale właśnie w takich zwyczajnych czynnościach robionych wspólnie, znajdowaliśmy... radość. 

Owszem, chodziliśmy też do kina. Na spacery. Romantyczne kolacje. Ale... zwykle (czyt. w normalnym przebiegu sytuacji) takie randki kończą się nazbyt śmiałym pocałunkiem za kinem, na parkingu lub plaży. I tyle. Każde wraca do siebie. Za kilka dni następuje powtórka z rozrywki. Aż któregoś dnia on proponuje jej zostanie na noc. Wkrótce jedna noc zamienia się w kilka. Nie tylko noc, ale też dni. Ona i jej szczoteczka stają się stałym elementem jego życia. I tak ludzie stają się parą. Mężczyzna i kobieta, nie szczoteczka.

Miałam nieodparte wrażenie, graniczące z pewnością, że  u nas te wszystkie etapy zostały... pominięte. Czyżby przyciąganie między nami było aż tak silne? Byliśmy siebie tak pewni

Cóż, z całą pewnością to jak wyglądały i ile trwały nasze randki determinowała... geografia. Bezlitosne kilometry między nami. Zostaliśmy nieco wepchnięci na tą głęboką wodę. I choć oboje byliśmy wprawnymi pływakami, to znaczy - oboje mieliśmy za sobą bardzo długie związki, to pływanie wcale nie było takie proste

Bo... to chyba nigdy nie jest proste. Poznawanie się. Nie, nie zadawanie sobie pytań o ulubiony kolor, smak jogurtu i pozycję łóżkową. Nie, nie pokazywanie sobie zdjęć z ślubu. Ani też z dzieciństwa. A pokazanie swojej prawdziwej twarzy. Bycie ze sobą 24/h. Przez kilka dni z rzędu. W fazie, w której ostatnią rzeczą jakiej chcesz jest bycie przyuważoną z rozkocmołanymi włosami, opuchniętymi oczami i wymiętolonym podkoszulku. Z precyzją Toma Cruisa próbujesz dokonać swojego własnego mission impossible, czyli przemknąć się niepostrzeżenie do toalety. Wstrzymujesz nawet oddech, tak by go nie obudzić. Tak, co by nie słyszał, że w ogóle chodzisz do toalety. I jej używasz.

W dwugodzinnym filmie (zwłaszcza, jeśli nazywasz się Tom Cruise) da się tego uniknąć. W prawdziwym życiu podczas spotkania o znamionach randki, która trwa 4 dni, nie ma takiej opcji. Zwłaszcza, gdy sytuacja powtarza się cyklicznie przez kilka miesięcy. Pan Niedźwiedź widział mnie więc spoconą. Opuchniętą. Z PMS-em. Z ostrym PMS-em. W ekstazie. Bólu. Śpiącą. Tańczącą. A nawet śpiewającą. Śmiejącą się do łez. Ale też płaczącą. Przestraszoną. Wkurwioną. Bez makijażu. Z resztkami makijażu. Można śmiało zaryzykować stwierdzeniem, że zobaczył mnie niemal w każdej najgorszej fazie. 

I nie odpłynął w siną dal.

Dzięki temu miałam również sposobność rozejrzeć się po wszystkich jego zakamarkach. Zobaczyć brudy, które łatwo ukryć, gdy tylko wpada się na kawę. Albo lody. Na szczęście nie znalazłam żadnych trupów. Na wszelki wypadek brodzenia w tej głębokiej wodzie, zaopatrzyłam się w koło ratunkowe

Bo to wszystko - oprócz tego, że było ekscytujące i fascynujące -  było trudne. Byłam na jego terytorium. Daleko od domu. Często miałam ochotę dosłownie... 

uciec

Ale za każdym miesiącem wciąż znów skakałam na głęboką wodę. A on ze mną. To już nie była kwestia kilometrów. To był świadomy wybór. Przecież za każdym jednym razem mogliśmy oboje zrezygnować. Bo woda za zimna. Jakaś taka brudna. Zbyt głęboka. I nie wiadomo, co na dnie. 

A jednak płynęliśmy razem przed siebie. Dokąd? Nadal jeszcze tego nie wiedziałam. Z całą pewnością to nie był jednak przelotny romans, który trwał tyle, co letnia opalenizna. Bo z nadejściem jesieni ta znajomość nie tylko nadal trwała. Ale nasz apetyt na jeszcze bardziej się wzmagał. 

Ciekawe.

Było nam dobrze w tej wodzie. Ale w końcu z tej wody trzeba wyjść. Zwłaszcza, że lato minęło. Przyszła jesień, a po niej... brrr! Już zima?! 

W tym roku wyjątkowo cieszyło mnie nadejście tej pory roku. Czy pod choinką znajdę prezent od Pana Niedźwiedzia? Miałam swoje oczekiwania. Złoto czy bursztyn? Phi. Tym prezentem, na jaki czekałam było coś znacznie innego. Niematerialnego. Nie, też nie gwiazdka z nieba. Raczej zapewnienie. Deklaracja. Wypłynęliśmy już na naprawdę głębokie wody. Najwyższa pora sprawdzić czy nadal płyniemy w tym samym kierunku. I czy chcemy tam nadal zmierzać.

Aurora


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bardzo długa gra wstępna

Przepis na CIACHO idealne

Mieć ciastko i zjeść ciastko